|
|
|
Robert P.
kiko:
ja myslę że on w głębi duszy jest dobrym człowiekiem
priemko:
ale na takich głębinach panuje ogromne ciśnienie
kiko:
to prawda, niebezpiecznie się tam spuszczać
priemko:
dla mnie to on jest transparentny jak sperma
2011-01-05 22:25:43
skomentuj (1) |
Wieś
Działo się to zimową porą, chociaż
formalnie była wciąż jesień. Roman, z zawodu literat, obecnie dorabiający jako rachmistrz
w ramach powszechnego spisu rolnego, wysiadł ze służbowego Poloneza prosto w
śnieg i zaklął po raz drugi. Pierwsze przekleństwo rozbrzmiało kilka minut
wcześniej w nagrzanym do niemożliwości wnętrzu samochodu, gdy Roman, ujrzawszy
zabudowania wsi, zorientował się, że nie bardzo wie, gdzie jest – właściwa
strona służbowego atlasu drogowego okazała się być wyrwaną przez któregoś z
poprzednich użytkowników, zaś służbowy GPS padł nieodwołalnie kilka dni
wcześniej. Teraz zaś śniegowa masa, nieco roztopiona, błotnista i udekorowana
świńskimi odchodami wlała mu się przez cholewkę do prawego buta. Chlupiąc i
zgrzytając zębami ruszył w kierunku zagrody, która wedle przerdzewiałej
tabliczki miała należeć do sołtysa wsi.
Sołtys, grubawy i wąsaty
mężczyzna po pięćdziesiątce, powitał go uprzejmie i zaprosił do chałupy na
herbatę z sokiem malinowym i wódkę. Roman podziękował, wypił tylko czterdziestkę
- nie wiedział przecież, czy nie będzie musiał zaraz siadać za kierownicą.
Spróbował również ciasta przyniesionego przez gospodynię. "Dobre,
drożdżowe" rzekł, sypiąc okruchami; strzepnął je szybko pod przykryty
obrusem stół.
Sołtys zaśmiał
się, klepnął żonę w obfity pośladek i gestem zachęcił do tego także Romana. Ten
udał, że nie rozumie, uśmiechnął się głupio, gospodarz jednak powtórzył
klepnięcie, żona udała, że się wzbrania, po czym schyliła się przed krzesłem
Romana i wypinając zalotnie tyłek zaczęła niby to wydłubywać spomiędzy desek
podłogi jakieś paprochy. Roman, chcąc sprawić przyjemność obojgu i zarazem
uczynić zadość tutejszym obyczajom, których najwyraźniej dopiero się uczył,
obiema dłońmi uderzył od dołu w obleczone zieloną spódnicą krągłości. Wyszło mu
cokolwiek słabo i niezdarnie, ale w przenikliwym krzyku kobiety zabrzmiało
zadowolenie, a gospodarz zaśmiał się i zaklaskał w ręce. Po chwili chichocząc
nachylił się i bezceremonialnie złapał żonę od tyłu za obfite piersi,
potarmosił wśród jęków i chrapliwego oddechu, ustąpił wreszcie. "Śmiało,
pan rachmistrz tera" - szczerbaty uśmiech rozlał się na alkoholowej twarzy
sołtysa. Roman roześmiał się sztucznie, pokręcił głową. "Mam narzeczoną."
Gospodarz parsknął życzliwie i polał wódki w niedomyte szklanki. "Młody pan
jesteś, to dlatego. Ano, wypijmy - na zgodę!” "No dobrze..." Romanowi
niezręcznie było oponować i wzbraniać się przed kolejnym kieliszkiem; jego
praca wymagała pozyskania życzliwości sołtysa. "Rach, ciach, chlup!"
Szklane stopki uderzyły o drewniany blat, sołtys sięgnął po kiszonego ogórka,
Roman zakasłał gwałtownie i wybałuszając oczy szarpnął się w tył, byle dalej od
obfitej i brudnoszarej piersi, którą gospodyni nagłym ruchem podetknęła mu pod
nos. Sołtys pogroził jej palcem i powoli wstał zza stołu; baba piszcząc jak
podlotek rzuciła się do kuchni, gospodarz zdążył jednak wymierzyć jej solidnego
kopniaka w siedzenie. Krzyknął coś, czego Roman nie zrozumiał; kilka bełkotliwo-zgrzytliwych,
słowiańsko brzmiących wyrazów bez specjalnej złości. "Babę trza krótko
trzymać i często jej dogadzać,"
rzekł do Romana. "Inaczej macica jej do łba uderza i durnieje ze
szczętem." Roman przytaknął. "To co, panie rachmistrz, może po wsi się
przejdziem?" "Tak tak, no już właśnie miałem to zaproponować."
Wyszli przed
dom, sołtys zamknął drzwi na kłódkę. "Strzeżonego złe nie ruszy, a taka kłódka
mocna!", klepnął Romana w plecy. "Ale tak pan żonę zamyka?"
"No tak." Wzruszenie ramion. "Tak to u nas we zwyczaju jest.
Ojciec mój tak zamykał, jeszcze za Niemca, dziad za caratu zamykał. Dobre to i
zmieniać nie zamierzam."
Ruszyli w wieś.
Roman próbował przybliżać sołtysowi idee i cele spisu rolnego, ów kiwał głową,
machał ręką i burczał pod nosem. Stwierdził, że wie i rozumie i mało go to obchodzi,
ale trzeba, to trzeba i bez gadania.
Minęli zaniedbane
gospodarstwo przy drodze i Roman, oglądając się za siebie, zapytał sołtysa o
przyczynę jego pominięcia; „Przecież w spisie wszystkie się muszą znaleźć.”
"Te nieważne." "Ale panie sołtysie, jak to nieważne, wszystkie
mają być!" "Nieważne, mówię. Będzie chciał pan rachmistrz, w drodze
powrotnej zajdziem. A tera dalej zapraszam."
Nagle zza płotu
zostawionej za plecami chałupy wybiegł rozczochrany mężczyzna i chrupiąc
deptanymi bryłami brudnego śniegu, w kilku skokach dobiegł do Romana i sołtysa.
Ten ostatni zmarszczył brwi i spojrzał spode łba. "Chwościuk, czego ty tu?
Masz czelność mię pod oczy leźć, gadzino durna?" Wieśniak warknął, chwycił
Romana za ramię i nachyliwszy się ku niemu szepnął ochryple: "To nie nasz
sołtys!". Jego oddech śmierdział czosnkiem i zgnilizną, rachmistrz szarpnął
się w tył, ale rozczochrany trzymał mocno. "To potwór! Zjadł naszego sołtysa
i się przebrał za niego!" Sołtys splunął na ziemię. "Dobra, Chwościuk,
starczy tego." Wieśniak zawarczał gardłowo. Sołtys nachylił się i z
cholewy wyciągnął długi, ostry nóż. "Poszedł won," wycedził. "A
wieczorem chcę mieć z powrotem moje piniendze, wyrodku, bo ci flaki wypruję i
kotu dam. I niech twoja matka je przyniesie, a ubierze się przyzwoicie, jak do
urzędu. Zrozumiał?!"
Rozczochraniec
wykręcił głowę ku blademu niebu, zawył rozdzierająco i pobiegł, potykając się,
w kierunku swego domostwa. Sołtys westchnął i schował nóż. "Dobry to chłopak,
jeno straszliwie durny i zdegenerowany. Matka jego zupełnie niczego sobie, a on
pije i pije i jak mi mówili, chędoży co popadnie. Krowy, świniaki. I piniendze
mi winni są, co ojciec, stary Chwościuk, pożyczył. A potem się utopił."
Zrobili parę kroków. "A mówiłem, że do tamtej chałupy nie ma co zaglądać?
Także słuchajcie mnie, panie rachmistrz, i idźcie tam gdzie ja idę, to
spiszecie co i jak trzeba." Roman pokiwał głową. "No, rozumiem, proszę
- niech pan prowadzi..." "No."
Droga skręciła,
wspięli się na mały wzgórek. Na środku błotnisty placyk, dokoła płoty, dwie chaty,
drewniany kościółek. "Ot i wieś nasza," sołtys zatoczył krąg ręką.
"Ot i moje gospodarstwo!" "Jak to," zdziwił się Roman,
"Tylko te dwa domy? Przecież w poprzednim
spisie jest piętnaście!" Sołtys
wzruszył ramionami. "Ale!", rzekł. "To ile było temu? Dziesięć
lat?" "No tak, ale przecież..." Sołtys ruszył powoli w kierunku
kościółka. "Powymierali, panie. Z chorób, ze starości. To same dziadki
przecież byli. Młodzi wyjechali, i tak o."
Zatrzymał się i wskazał ręką.
"Tam tera leżą ci z poprzedniego spisu." Pod drewnianą ścianą świątynki
Roman ujrzał kilkanaście omszałych krzyży, pochylonych nad kopczykami i połamanymi
płytami z lastryko. "Wieczne odpoczywanie..." zamamrotał sołtys. Oszołomiony
Roman nie dokończył słów modlitwy. "To pan idź, panie rachmistrz, tam do
tej chałupy z lewa" - sołtys wskazał na murowany, parterowy budynek o
poznaczonych siatką pęknięć ścianach – „A ja księdzu proboszczowi was
zapowiem." Roman przytaknął i poczłapał ku domowi.
Sień nie
posiadała drzwi, bez pukania zanurzył się w mroczny, pachnący gotowaną kapustą korytarz.
"Halo, dzień dobry! Halo!", zawołał. Zapukał w uchylone drzwi po
lewej stronie, nikt nie odpowiedział, pchnął je więc i zajrzał do izby.
Przez małe
okienko wpadało niewiele światła; w półmroku Roman ujrzał po pierwsze kilka
sylwetek pochylonych nad ustawionym pośrodku stołem i zajadających coś zawzięcie
łyżkami. Po drugie zaś dostrzegł, że pochłanianą potrawą są kiszki i inne wnętrzności
z leżącego na stole, rozprutego ludzkiego ciała. Roman wydał zduszony okrzyk;
odwrócili się ku niemu babina z zalanym czarną krwią podbródkiem i chłop z
muszką pod szyją i z ochłapem w zębach. Rachmistrz wybiegł na zewnątrz, wywrócił
się w błoto, z tyłu dobiegł go donośny, chóralny rechot. Podniósł głowę -
kilkanaście metrów przed nim pochylony sołtys wycierał w śnieg dłonie pokryte
czymś czerwonym, rozcierał między palcami białe grudy, brudząc je na krwawy
kolor. Przerażony Roman zerwał się i rzucił przed siebie, byle dalej od osaczającego
go zewsząd szaleństwa. "Hejta! Prr!" Krzyk sołtysa przetoczył się po
placyku niczym grom. "Panie rachmistrz, wolnego! Toż to żarty były przecież!"
Roman gwałtownie oparł się plecami o ścianę stodoły, uniósł ręce w odruchu
obronnym. Z domu, który z takim pośpiechem opuścił, wytoczyło się na plac rozbawione
towarzystwo; stara kobieta, dzieciaki, odświętnie odziana para w średnim wieku,
wszyscy wymazani na czerwono. "To Zdunki, pan rachmistrz się nie boją, stary
kawał z umarlakiem pożeranym zrobili, oni tak mają. Weseli są jak mało
kto," krzyknął sołtys, sam z trudnością panując nad śmiechem. "Do
jasnej cholery!", wybuchnął Roman. "Wystraszyłem się!" Odetchnął
głęboko kilka razy, sapnął, potrząsnął głową. Chłop-kanibal chichocząc otarł płynące
mu policzkach łzy. "No już, już, pośmiali się i wystarczy", rzucił w
jego kierunku sołtys, podchodząc do Romana. "Zabieraj Zdunek rodzinę i do
chałupy, w urzędowych sprawach nie przeszkadzaj." Widząc skierowane ku
swym zakrwawionym dłoniom spojrzenie Romana, sołtys podstawił mu je pod nos.
"Ksiądz proboszcz poprosili, coby mu kurę na obiad zarżnąć, sam się brzydzi
i nie umie za bardzo." Roman pokiwał głową. "Pan rachmistrz zapisze
tych tu Zdunkow może, za pamięci, w kajet." Roman przytaknął mruknięciem,
szybko wydobył z teczki plik ankiet. "To muszę te wesołą rodzinę o wszystko
wypytać, trochę to zajmie." "Ta gdzie tam, co ich pytać, ja wszystko
powiem, co urzędowo trzeba." "Nie no, panie sołtysie, ja podpis
gospodarza potrzebuję." "Starego Zdunka? Przecież on ni czytaty, ni
pisaty, trzy krzyżyki ledwo stawia. Prawdziwy analfabeta, mało już takich. Żona
jego jeszcze lepsza - nie wiadomo w ogóle, jak się nazywa i skąd jest, ale
kobita dobra i dupiasta. To ona ten żart z truposzem wymyśliła. Gość jaki, bywa,
do wsi przyjeżdża, a ta na stół się kładzie, michę krwawej kiszki miedzy kaftan
a spódnicę wtyka i rodzinie pożerać się każe. Ot, telewizora nie ma, trza
samemu se rozrywki dostarczać. No dobra, pisz pan..." Przez następne kilka
minut sołtys dyktował Romanowi piszczące z biedy tajemnice rodziny Zdunków,
podpisał się "z upoważnienia". "To co, jak pan radzi, może księdza
odwiedzimy teraz, żeby nie czekał za długo", zagadnął Roman chowając
papiery; chciał zatrzeć w swojej i sołtysa pamięci niefortunne spotkanie ze
Zdunkami. Sołtys obejrzał się przez ramie na drewniany budyneczek plebanii.
"Nie sądzę", rzekł po chwili. "Ksiądz dobrodziej nie życzy sobie
teraz wizyty." Roman uniósł brwi. "A pan spojrzy, dyskretnie
ino." Roman spojrzał. "Okienko na piętrze." Zmrużył oczy, za
szybą dostrzegł postać w czarnym stroju z koloratką, w worku z wyciętymi
otworami na oczy. Postać kołysała się lekko, jakby na niewidocznej linie.
"Ksiądz proboszcz, wstyd może powiedzieć, na umyśle słabuje i kiedy
niekiedy samobójcę udaje", cicho rzekł sołtys. "Choć czemu, to Bóg
raczy wiedzieć. Do nikogo wtedy nie gada, ino na linie za szelki zaczepionej
dynda. A potem się wszystkiego wypiera. Ano, swoje lata ma..." Roman głośno
przełknął ślinę. "A... a nie próbowaliście leczyć jakoś? Lekarza może? A
kuria... Biskup?" "Ta gdzie ta", wzruszył ramionami sołtys.
"W kurii to w ogóle nic o naszym dobrodzieju nie wiedzą, papiery jakieś
mają, że w czasie wojny zginął. A tu to kto niby siedzi, kto mię chrztem świętym
polewał?" Machnął ręką. "A co ja poza tym się będę biskupa pytał, co
to ja, prezydent jestem albo starosta..." Roman chrząknął, poskrobał się po
nosie. "No to ja już nie wiem." "Ee tam. Rach ciach, pisz pan -
świniak, kury nioski cztery, jedna świeżo zarżnięta, pięć było... koza jedna.
Za gosposię moja stara robi, się doliczy do dochodu odpowiednio." Przez dłuższą
chwilę Roman wypełniał właściwe rubryki w spisowej tabeli, zerkając w okienko z
kołyszącym się upiornie księdzem; zdawało mu się, że szalony proboszcz wyciąga
zawiniętą w worek głowę w stronę szyby, chcąc lepiej widzieć, co też się wyprawia
na placu przed jego kościołem.
"No
dobra." Sołtys poprawił czapkę. "Ostatnia chałupa się nam została,
ale jak to mówią, nie najmniej ważna. Rodzina moja!" Zrobili parędziesiąt
kroków i stanęli przed drzwiami niskiego, długiego domostwa. Z okna obok wejścia
wychyliła się na moment jasnowłosa główka dziecka, zachichotała i znikła. Drzwi
otworzyły się gwałtownie, Roman ledwo stłumił krzyk, ale na progu zamiast spodziewanej
makabry stanęła zupełnie niebrzydka, młoda blondynka w kwiecistej sukience.
"Ot i Jadźka, moja stryjenka!", sołtys uśmiechnął się szeroko.
"Poznaj pana rachmistrza. Spis przyjechał robić." Krótkie zamieszanie
w sieni, głośne całusy i piski dzieciarni. "Proszę, proszę dalej, do izby,
siadajcie, nie, nie ma Franka, na budowie jest daleko gdzieś, tak, w mieście, no
siadajcie, już zupy nalewam, grzybową zrobiłam." Roman i sołtys biorą w dłonie
poszczerbione, aluminiowe łyżki, siorbią gorącą, aromatyczną zupę. Gospodyni ma
piękne, chabrowe oczy, popatruje na Romana, ten poci się coraz bardziej, pod wpływem
spojrzeń czy może rozgrzany posiłkiem. Obaj goście biorą po dokładce, w
jasnoszarej zawiesinie na talerzach pływają wielkie, płaskie kapelusze grzybów.
"To ile u was tych dzieciaków, Jadzia, bo ja już rachubę straciłem."
"A piątka. Staś, Krzyś, Antoś, Marysia i Julcia. Co, zapomniał
stryjek?" "Gdzie tam zapomniał. Dla pana rachmistrza pytam, żeby dobrze
wyszczególnić, wynotować. Piniądze jakieś z tego być mogą. Dobrze gadam, panie
Romanie?" Roman wytarł wargi jednorazową chusteczką, uciekł wzrokiem od erotycznego
magnetyzmu spojrzenia zabierającej mu talerz pani Jadzi. "Zasadniczo to możliwe",
odchrząknął. "No, rodzina wielodzietna..." "O to to właśnie!",
wtrącił sołtys. "Także Jadziu, bądź mila dla pana rachmistrza i co by się
tam nie pytał, mów jak trzeba. Ja też urzędowo pomogę." Roman uśmiechnął
się, wyciągnął ankietę spisową i długopis i nagle dostrzegł jasnożółte snopy światła,
bijące w górę spomiędzy desek podłogi. Otworzył ze zdumienia usta i poczuł, że
jego żuchwa opuszcza się na nagle rozciągliwej jak nagrzana guma skórze i
zatrzymuje dopiero na udach. W panice spojrzał na sołtysa i uroczą gospodynię -
ich twarze i ciała płynęły w dół jak stearyna z roztapiającej się świecy.
Wrzasnął, poczuł jeszcze, jak przecieka przez krzesło – i ogarnęła go ciemność.
"...była
ta zupa grzybowa?!" "Jak to z czego?! Z grzybów! Rydze, maślaki,
czerwońce, muchojadki..." "Psiakrew... To widocznie z gorąca i duszności...
Panie rachmistrz!" Klask, Roman czuje palące uderzenie w policzek, otwiera
oczy. "Panie... No! Dzięki Bogu, już żeśmy się martwili... Co wam? Za gorąco
pewnie?" Roman czuje, że język ma wyschnięty na
wiór.
"Nie wiem", chrypi cicho. "Mleka! Mleka mu daj, Jadzia, ino chłodnego!"
Po chwili kobieca ręka unosi delikatnie Romanową głowę, wlewa z kubka do ust
biały, kojący płyn. Rachmistrz opada na poduszkę i oddycha z ulgą. "A może
mu cycki pokazać?", szepcze gospodyni. "Zdurniałaś! Toć widzisz, jaki
rozpalony! Jeszcze apopleksji dostanie. Tu trzeba organizm chłodzić..."
Roman słyszy
jeszcze strzępki rozmowy, zapada w sen.
Budzi go dojmujące
zimno i ostry blask. Zrywa się na równe nogi, jest przed chałupą na wiejskim
placu, nagi, po ciele spływa strużkami błoto i topniejący śnieg. Niedaleko stoją
stryjenka Jadzia i sołtys, ona odwraca się skromnie, on podskakuje i klaszcze z
radości. "Ha! No!" Podbiega, okrywa Romana szorstkim kocem i naciera.
Roman jest zbyt słaby, by protestować. Oboje ubierają go, w izbie poją gorącą
herbata z malinami. "No, Jadziu, będziem się zbierać." "Oj,
szkoda, ano..." "Tak trzeba." Już w progu gospodyni całuje
Romana w usta, trwa to kilka sekund. Sołtys marszczy brwi. "To na
rozgrzewkę", śmieje się kobieta. Gdy odchodzą, macha im długo na pożegnanie.
Dom sołtysa
pachniał wilgotnym drewnem i mydlinami od świeżo wyszorowanej podłogi. Za oknem
niebo przybrało odcień głębokiego fioletu; sołtysowa zapaliła lampę naftową,
postawiła na stole nakrytym białym, nakrochmalonym obrusem. Roman zaczął ostrożnie
popijać gorącą, gorzką herbatę. "Lepiej, panie rachmistrz?" Kiwnął głową,
uśmiechnął się słabo. "Muszę rzec panu, ze radzi jesteśmy ogromnie z pańskich
odwiedzin, z
państwowego, było nie było,
zainteresowania. Rzadko to bywa, oj rzadko. A od innych przecież nie jesteśmy
dużo gorsi. Nie wie pan, jak to będzie za lat dziesięć? Przy następnym spisie?
Przyślą pana?" Roman pokręcił głową, wzruszył ramionami; chciał coś powiedzieć,
nie zdążył. "No pewnie", westchnął sołtys. "Skąd to nam wiedzieć
takie rzeczy." Roman siorbnął herbatę, zerknął w stronę oświetlonej jasno
kuchni, w drzwiach po raz kolejny mignęła mu rozdziana do halki gospodyni,
przestawiająca jakieś garnki. Spojrzał z powrotem na sołtysa i zrobiło mu się
gorąco.
Cień gospodarza,
rzucany przez lampę na ścianę z zawieszonym świętym obrazkiem, należał nie do
człowieka, lecz do jakby olbrzymiego karaczana, wymachującego energicznie długimi
czułkami i chitynowymi odnóżami. Roman zmartwiał; sołtys pochwycił jego przerażone spojrzenie, wyciągnął szybko rękę i
strącił z klosza lampy czarnego owada; ten upadł na grzbiet i za moment zginął
zmiażdżony pięścią. "Nie znoszę tych choler, do nosa człowiekowi wleźć w
nocy potrafią", mruknął sołtys, wycierając dłoń o spodnie. "Na czym
to ja... A. Wie pan, tak sobie myślałem, co by tu panu dać no, na pamiątkę,
coby pan o naszej wsi dobrze myślał. Nie!", urwał gospodarz, widząc minę
Romana. "Tu sprzeciwu nie zniesę!" Podniósł się od stołu, podszedł do
kredensu po drugiej stronie izby i grzebał przez chwilę w jego szufladach. Wrócił,
niosąc ze sobą płócienny woreczek, mocno zalatujący stęchlizną. "Patrz pan"
- wysypał jego zawartość na stół. Brzęknęły i zabłyszczały złotawo niewielkie
monety, dziwaczne, z dziurkami w środku. Zachęcony przez gospodarza Roman
przyjrzał się jednej; napisy po angielsku, nieco zatarte, pieniądz wykonany
jakby z miedzi. "Brat, wie pan, w Australii siedzi od paru lat. W
Australii. I takie o, śmiszne dolary w drobniakach mi przysyła. Weź pan sobie
jeden, na dobrą pamiątkę." "Nie, panie sołtysie, nie mogę, prawo nie
pozwala, naprawdę mi przykro, wziąłbym, ale rozumie pan...", protestuje
Roman. Sołtys nachyla się nad nim, ogromnieje, uśmiecha się. "Szczęście
panu przyniesie, szczerze mówię!". "Nie nie, ja naprawdę bardzo proszę!
Niech pan zrozumie, powiedzą, że korupcja..." "Eee tam", macha
ręką sołtys, "Ale nie będziem się teraz kłócić. Do wyrka pora." Roman
znów protestuje, powinien wracać do miasta; dziękuje serdecznie za pomoc, ale
nie chce nadużywać gościnności. I wtedy gospodarz mówi "Do łóżeczka, do łóżeczka,
i na nosek kołdereczka!" Roman drętwieje ze zdumienia, bo tak zwracała się
do niego matka. Chwilę później uderza głową w blat stołu i zapada w sen.
Obudził się
skostniały rankiem w swoim samochodzie, na poboczu pokrytej szronem drogi wśród
pol. Dookoła, jak okiem sięgnąć, nie było śladu ludzkich osiedli. Oprzytomniał
powoli, sięgnął do teczki i zaczął wyciągać i przeglądać swe papiery. Wszystko
było, wszystko się zgadzało - ankiety spisowe wypełniane wczoraj w dziwnej wsi
były w porządku i na swoim miejscu. Wsadził rękę w zanadrze marynarki - portfel
i dokumenty były. Coś brzęknęło cicho, jakiś mały, płaski kształt uciekł mu
spod palców; złapał, wyciągnął - dziurkowana moneta z Australii. „Ale uparty
ten sołtys, i świnia, jednak do samochodu wsadził, nie przenocował... Albo może
tak się wczoraj urżnąłem?...” Zapalił silnik i ruszył do miasta.
Krotki czas
potem oskarżono Romana o sfałszowanie ankiet – mieszkańcy ostatniej odwiedzonej
przezeń wsi, której nazwy i położenia nie potrafił przekonująco przedstawić,
nie figurowali w żadnych powojennych spisach ludności powiatu, co znaczyło, że
takiej wsi zwyczajnie nie ma i być nie może. Groziła Romanowi nawet odsiadka,
nie mówiąc o wysokiej grzywnie i zawale serca; minęło jednak kilka tygodni i w apokaliptycznym
bałaganie okołospisowym zagubiono całą przekazaną przez Romana dokumentację –
tym samym wszelkie dowody zbrodni zniknęły. Co prawda jednocześnie Roman stracił
dowód na to, że dobrych kilka tygodni harował w charakterze rachmistrza i w
związku z tym należy mu się zapłata, ale tym się już nie przejął; w ogóle na
długi czas mógł przestać się przejmować brakiem pieniędzy. Sołtysowy dziurawy
dolar od brata okazał się bowiem być szalenie rzadkim egzemplarzem pierwszej
australijskiej waluty z początków dziewiętnastego wieku, sprzedawanej obecnie
na światowych aukcjach po ćwierć miliona dolarów sztuka.
Tak to Roman
stał się bogatym człowiekiem, a jego dalsze losy... Ale to już zupełnie inna
historia.
2010-10-11 19:43:05
skomentuj (1) |
11 (blast from the past)
autor okazał się być pijakiem jego siostra przedwcześnie zmarła
zakopana w głębokim grobie nie śmiała nawet wetować decyzji brata
to potworna potważ i skaranie boskie
Ireno zapadasz się w oczach
nikniesz
nic nie jesz umrzesz w ten sposób....
herbaty mleka i krwi nam potrzeba
wewnętrzny bój
serpentyny
gwasze
analogowe komputery
wełniane kalesony
krytyczny upadek
ostateczne wezwanie
rozbita rodzina
sprawdzony gracz
wiezień komika
2010-09-09 10:17:01
skomentuj (1) |
Jak obsmyczać?
priemko: nie chciała mi uwierzyć ze Edyta Górniak robiła Ci loda, ale ja się zaklinałem że to prawda
kiko: kto?
priemko: Bibi
kiko: serio z nia o tym rozmawiałeś?
priemko: serio
priemko: chwaliłem Cię
kiko: nie wiem co powiedzieć
priemko: no przekonaj ją, że to prawda
2010-07-27 22:42:08
skomentuj (2) |
przewodnik pamiętnika
Dziś oprowadzałem komisję, Horsta
i Heckego. I Pabsta, ale go zastrzelili. Dostanę za to po premii. Potem nie
zdążyliśmy na wieszanie Reinefartha, jak doszliśmy na plac to już dyndał i
rzucali w niego ludzie śmieciami, butelkami. Moi z wycieczki byli
niezadowoleni, najgorszy jeden grubas co siedział w kacecie, czerwony na
mordzie, chce skarżyć biuro podróży. A se skarż, łajzo, zwyrodnialcu. Niektórzy
tego Reinefartha chcieli zatopić w pleksiglasie albo sztucznej żywicy i wrzucić
do Wisły, inni z kolei upiec i zjeść, żeby śladu nie było. Zresztą Franka
zjedli, a takiego tam... jak on... od wysyłki na roboty w każdym razie. No.
Jego wsadzili do kanału pod placem Bankowym i tam zamurowali, i tyle. Gość
podobnież sam się zjadł, po pół roku tylko mundur znaleźli i szczękę.
A
z flag z hakenkrojcem to ludzie sobie podobno gacie szyją, wycieraczki, szmaty
do podłogi. Wiem, że papier toaletowy to na pewno można kupić w delikatesach na
Wilczej. A tam też zaprowadziłem ostatnio Turków, ze dwunastu ich było. I kawę
pili w kawiarni znajomego, no taki lokal, nie za duży, nie za mały, potem im
wódki polali i się zaczęło. Jakoś jeden zamówił taryfę, to znaczy taksówkę,
właściwie dwie czy trzy. Pojechali niby po jedzenie, kebaby jakieś. Jak nie
wracali, to się okazało, że z Dworca Głównego pojechali pospiesznym do Wiednia
przez Pragę. Zatrzymała ich policja dopiero jak próbowali się wspiąć na mury
austriackiej stolicy. Niby zdobywali.
Gorąco jest jak jasna cholera.
Kiedyś tak nie bywało. Ojciec mi opowiadał, że jak on czasem z księdzem
znajomym musiał Wisłę zimą przejść, to nie myśleli nawet o moście żadnym, bo
żadnego nie było, ale nie w tym rzecz – po lodzie mogli sobie śmiało na
własnych nogach pójść. Na drugi brzeg. Jak sobie chcieli. Czy w tą, czy w
tamtą. A teraz? Nie mówię, żeby latem chodzić, ale nawet zimą się nie da.
Chociaż podobno, to mi kolega mówił, że przy Gdańskim jest szwabska łódź
podwodna zatopiona, tak w poprzek, niegłęboko. I jak jest woda nisko, w sensie
jak jest właśnie gorąco jak dzisiaj i nie padało, to można se po niej pochodzić.
Ale mostu z niej się zrobić nie da, za krótka, i okrągła jakby, rurowata.
Człowiek by mógł łatwo spaść.
Wczoraj po robocie pojechałem do
kolegi, na Wilczą, to już mówiłem o tej knajpie. I tam były takie dwie niunie.
Pomyślałem, że zagadam, przedstawię się, a co, a jak, a skąd koleżanki, a może
się napiją czegoś. I wszystko było jak należy, ale się okazało, że one są
jedna. W sensie że zrośnięte czy coś. No i tak o... ale wziąłem numery od nich.
Oczy mnie ostatnio bolą i tyłek. Z różnych powodów. Od gapienia się na
monitor albo na kobiety i od siedzenia. Jak z kolei oprowadzam, to boli mnie
gardło, czasem głowa. Co by człowiek nie robił, to zawsze coś. A od tabletek
przeciwbólowych boli mnie brzuch.
2010-07-22 19:53:11
skomentuj (1) |
życie owadów
- Nie zauważyłeś nigdy jakie to dziwne - powiedział Mitia. - Bardzo
łatwo jest mówić komuś, jak ma żyć i co robić.
Każdemu umiałbym to
wytłumaczyć. I nawet bym pokazał, do których świateł lecieć i jak.
Ale kiedy to samo masz zrobić osobiście, siedzisz w miejscu albo lecisz w
zupełnie inną stronę.
- Nie rozumiem - zdziwił się Dima - co w tym trudnego. O, popatrz, ile
się ich pali. Wybierz któreś i leć, dopóki starczy ci sił.
- Właśnie w tym sęk - rzekł Mitia - że we mnie wybiera od razu dwóch. I
nawet nie potrafię ich rozdzielić.
Nie wiem, który jest prawdziwy, i
nie wiem, kiedy jeden zastąpi drugiego. Dlatego, że obaj chcą niby
podążać ku światłu, ale każdy inną trasą.
I proponują, żebym robił
zupełnie przeciwstawne rzeczy.
- Komu proponują?
- Mnie.
- Aha - powiedział Dima - więc jest w tobie już trzech?
- Jak to trzech?
- Pierwszy, drugi i ten, któremu tamci proponują.
- Łapiesz mnie za słowa. No dobrze, ujmę to inaczej.
Kiedy próbuję
podjąć decyzję, ciągle natykam się w sobie na kogoś, kto podjął decyzję
wręcz przeciwną, i właśnie ten ktoś potem wszystko robi.
- A ty?
- A ja? Kiedy on się pojawia, staję się nim.
- No więc znaczy, że on to ty?
- Ale ja przecież chciałem robić coś wręcz odwrotnego.
Mitia na długo umilkł.
**Życie owadów - Wiktor Pielewin
2010-06-20 01:51:08
skomentuj (0) |
Ja pierwszy znalazłem Twitter
Początek rozmowy: 2007-04-01 21:36:58
*ja*,
twitter
*ja*, 21:37:08:
wiesz co to twitter?
*on*, 21:37:58:
nie win
*ja*, 21:41:26:
jak ibłąd w php
*ja*, 21:41:27:
Parse error: parse error, unexpected T_PAAMAYIM_NEKUDOTAYIM
pierwszy raz widzę coś takiego..
*ja*, 21:41:41:
T_PAAMAYIM_NEKUDOTAYIM ??
*ja*, 21:41:51:
twitter to jest taki blog
*ja*, 21:41:54:
ale taki mega prosty
*ja*, 21:41:58:
logujesz się i masz guziki:
*ja*, 21:42:08:
wstaw link, wstaw obrazek, wstaw gmap, wstaw film
*ja*, 21:42:19:
wybierasz, wkloejasz link i mały podpis i voila
*ja*, 21:42:26:
taki bajer
*ja*, 21:42:36:
jak żeby nie zawracać ludziom głowy spame
*ja*, 21:42:47:
wiesz, odnajdujesz fajny link i zamiast rozsyłać do znajomych
*ja*, 21:42:51:
tow rzutka na twittera
*ja*, 21:42:57:
a kto chce to znajdzie
*ja*, 21:43:06:
może sobie RSS'a zasubskrybować
*ja*, 21:43:59:
hehe właśnie znalazlem
*ja*, 21:44:19:
PAAMAYIM_NEKUDOTAYIM znaczy double colon, podwójny dwukrokep.. a to jest po hebrajsku
*on*, 21:44:42:
kurde
*on*, 21:44:46:
twiter
*ja*, 21:44:51:
no. twiter
*ja*, 21:45:02:
to już dawno jest
*ja*, 21:45:11:
ale dopiero jakies 3 dni temu odkryłem ideę
*on*, 22:27:02:
praise error
*ja*, 22:34:43:
praise for error
2010-06-16 01:05:33
skomentuj (0) |
Jestem artystą
Jestem artystą.
Dlatego rzeczy które robię są dobre. I nie ma najmniejszej szansy aby ktoś kto artysą nie jest, był w stnianie mi dorównać lub choćby kontynuować moją pracę. Musiałbym prowadzić za rękę każde pociągnięcie mojego ucznia, żeby powstało coś co chociaż trochę pryzpomina moją pracę. Oczywiśćie śą też inii artyści, ale oni nie potrzebują mojej pomocy ani ja ich. Myślę, że może się nam doskonale współpracować ;|)
2010-04-30 06:03:40
skomentuj (1) |
#wiersz#surrealizm
Krylominem mi powiernił
skrywolenym zerknił włorkem
żebrym derbnął na lekrytkę
małą krębłą kydrą błotę
Zerłwym terkom ledyroma
Dremontryksonetylewa
Elbo redymon twirdom byda
Gradinessa uzo dero
2010-04-18 02:01:48
skomentuj (2) |
Pamiętnik - częśc 2
Dziś po południu
pan Rajmund - współpracownik, siedzi w moim pokoju za meblościanką i monitorem
- obrzucił wałęsających się pod naszym oknem łobuziaków kawałkami drutu i
plastikowymi rurkami od długopisów. Wcześniej darli się jak koty w marcu i
hałasowali na deskorolkach. Jeden dostał, rozeszli się, nie wiedzieli, skąd
poszło - nad nimi pięciopiętrowa kamienna ściana okien. Wąsacze ze straży w
portierni oglądali w tym czasie telewizję.
---
Ładna pogoda.
Słońce wisi sobie na lazurowym niebie, anomalia pogodowa przegnała wcześniej
sine chmury znad miasta.
No i Sześciany
odsunęły się znad centrum. Tramwaje wyją, potem cichną, znowu wyją - między
jedną petlą a drugą są już prawie dwa
kilometry lśniących torów, wydłużony owal, jak w starożytnym hipodromie. Duma
miasta. Pieniądze na budowę zbierało całe społeczeństwo.
---
Przeszedłem się
korytarzami dla rozgrzewki. Wszędzie zimno, ale w pokoju najzimniej - jest
niemal w górnym narożniku budynku. Niemal, bo nad nami jest jeszcze Gołębnik.
Tak nazywamy Piąte Piętro. Byłem tam kilkakrotnie, ale starałem się nigdy bez
potrzeby nie oddalać od klatki schodowej - ot, położyć papiery na stoliku obok
wejścia, krzyknąć coś w głąb ciemnego, zagraconego, cuchnącego dymem papierosów
korytarza, ktoś podejdzie, odbierze, przeczyta, po kilku dniach podpisze i
zadzwoni, a ja wtedy znowu wejdę po czterdziestu stopniach na górę i je
odbiorę. Wcale nie muszę oglądać nikogo z pracujących na piątym piętrze.
Widziałem właściwie stamtąd tylko jedną osobę, cycatą blondynkę, swego rodzaju
łącznika między nimi a nami - całkiem zgrabna, jedyną widoczną mutacją jest
gigantyzm, ma prawie trzy metry wzrostu.
---
Na korytarzu
kilka osób z metalowymi kubkami z kawą kucnęło przy starej kserokopiarce, tulą
się do niej, grzeją przez plastikową obudowę, przykładają policzki do szczelin
z ciepłym powietrzem. Maszyna czasem w dziwny sposób się psuje i nocami wypluwa
z siebie kopie dokumentów sprzed lat. Niektóre z nich zabieram, chowam pod
biurkiem, przeglądam w toalecie - interpelacje poselskie, notatki z rady
ministrów, rozporządzenia komisji. Nieoficjalne życiorysy, zapomniane
wypowiedzi, wymazane decyzje. Ha, i wychodzi mi na jedno - ktokolwiek,
jacykolwiek ludzie czy nie-ludzie kierują Sześcianami, nie przybyli, by wyzwalać.
---
W zeszły piątek
w sali-wzorcowni Ministerstwa mieliśmy ceremonię zaprzysiężenia nowego
Dyrektora. W obecności nas wszystkich ukląkł i ucałował pieczęć pisma na
grubym, brązowym papierze. Tusz odbił mu się sino na ustach. Potem
zaśpiewaliśmy hymn i nowy Dyrektor wygłosił przemówienie, ale mówił zbyt cicho,
bym mógł go usłyszeć.
---
Dostałem
reprymendę od Szefowej. No cóż, moja wina - bardziej zająłem się pamiętnikiem,
niż koniecznością zdobycia numeru telefonu i faksu do odległej placówki, na
którą ma zostać zesłany wypadły z łask urzędnik. Ha. Muszę uważać. Kopalnie
uranu co do zasady obsługiwane są przez proste, powojenne roboty, ale - jak
mówią - zasady są po to, aby je łamać. Tak jak ludzi.
---
Kiedy dostanę
moje pieniądze? Oczywiście, nikt mi nie odpowie, nikt nie jest w stanie mi
odpowiedzieć. Moja prośba i podanie o wypłatę wynagrodzenia wędrowały już dwa
tygodnie przez zakamarki kolejnych biur i departamentów Ministerstwa i
sądziłem, że najdalej za kilka dni będę mógł nacieszyć się świeżym chlebem z
dodatkiem witamin. A tu klops - w międzyczasie zmieniło się Zarządzenie W
Sprawie Wypłat Pieniędzy, Bakszyszu oraz Żywności, i okazało się, że złożyłem
podanie na niewłaściwym formularzu. Szczęście w nieszczęściu, przysługuje mi w
tej sytuacji Zapomoga Na Czas Wypłaty Wynagrodzenia, wydawana zwyczajowo w
stołówce w postaci worka ziemniaków i dwóch puszek proszkowanego bydlęcego
gulaszu.
Gulaszu nie będę
jadł, kolega wspominał, że zmieniają się od niego geny.
---
Dziś rano na
trasie, którą jeżdżę do pracy, spłonął autobus. Wjechał na zepsutą minę
magnetyczną - paliła się na tyle wolno, że szofer przejechał podobno pół
kilometra, zanim inni kierowcy dali mu znać o sytuacji. Pasażerowie byli
zdziwieni - sądzili, że to nowy rodzaj ogrzewania podłogowego, i mimo dymu nikt
zbytnio nie narzekał. Zresztą nikomu nic się nie stało. Na zdjęciach autobus
wyglądał, jakby miał u dołu przyczepioną palącą się kuchenkę gazową, tyle że
wielką jak opona.
---
Jeszcze a propos
autobusów - Urząd Miasta po kontrowersyjnej debacie zatrudnił prawie setkę
batowych. Ma to być postrzegane jako walka z bezrobociem, jest zaś postrzegane
jako walka z ludem dojeżdżającym miast i wsi, ale niecałym ludem, tylko
burżuazją dojazdową, tymi, co wsiadają ogólnie rzecz biorąc wcześniej. Praca
batowych wygląda w ten sposób - stoją na szczególnie zatłoczonych,
newralgicznych przystankach. Kiedy podjeżdża autobus, walą batami w otwarte
drzwi tak, aby ludzie w środku przesunęli się jeszcze bardziej w głąb,
maksymalnie, do sardynkowego ściśnięcia. Ci, co wsiadają, są zadowoleni - aż do
kolejnego przystanku, kiedy to ich grzbiety staną się celem batowych.
A ja to
chromolę, jak mawiali starożytni Rosjanie. Wsiadam na tyle wcześnie, że zawsze
stoję sobie spokojnie w gumowym przegubie autobusu. Na wszelki wypadek mam przy
sobie japoński puszkowany tlen.
---
Mam swoje
ulubione miejsca w Ministerstwie. Jedno mnie usypia, drugie pobudza; w jednym
czuję się jak dziecko, w drugim - jak mężczyzna.
Pierwsze to
winda, drugie to piwnice.
Jeżdżę windą co
godzinę, dla relaksu, jeśli tylko mogę sobie na to pozwolić. Pokonanie trasy
między pierwszym a czwartym piętrem zajmuje teoretycznie trzydzieści sekund, o
ile nikt w trakcie się nie dosiada ani nie wysiada. W praktyce zaś podróż może
potrwać nawet dziesięć minut - dziesięć minut w innym świecie, wypełnionym
łagodnym półmrokiem, szumem klimatyzatora, bezpieczną izolacją od świata.
Piwnice i
podziemne korytarze Ministerstwa zapewniają emocje zupełnie innego rzędu. Byłem
tam zaledwie kilkakrotnie, ale mam w pamięci każdą spędzoną na dole chwilę.
Ginące w mroku korytarze, słabo oświetlone żółtymi lampkami w drucianych
koszach; setki metrów ciągnących się pod sufitem i wzdłuż ścian,
przerdzewiałych rur każdej średnicy; dziesiątki drzwi prowadzących nie wiadomo
gdzie; przejścia prowadzące donikąd, ukryte windy; zagubione w tym labiryncie
dziwaczne biura do spraw żadnych, puste, z nagimi kalendarzami na ścianach i
szklankami z jeszcze parującą herbatą.
Gdzieś tam jest
wyjście do ministerialnego Garażu, rozległej struktury, wciąż jeszcze nie do
końca rozminowanej.
---
W jednym z
krańców Garażu ma swe lokum - zagraconą kanciapę - Pan N.N., niziutki, siwy i
pomarszczony, z wiecznie przekrzywioną na lewo głową. Wygląda jak alchemik ze
starych powieści fantasy i poniekąd nim jest - maszyny nie mają przed nim
tajemnic. Nikt nie wie, jak długo pracuje w Ministerstwie; znajomy opowiadał
mi, że widział u niego poszarzały kalendarz sprzed siedemdziesięciu lat.
Kiedyś musiałem
niespodziewanie zejść do Garażu po odbiór przybyłej właśnie dokumentacji;
zaskoczyłem N.N., gdy w słabo oświetlonym boksie pochylał się nad otwartą maską
samochodu i szeptał charkotliwie. Przysięgam, że widziałem, jak kable akumulatora same unoszą
się ku jego twarzy i delikatnie jej dotykają, badająco, pieszczotliwie. Wycofałem się, zanim mnie zauważył.
2009-10-17 18:20:27
skomentuj (1) |
Pamiętnik
Rwie się
połączenie z netem. Przez okno, powyżej blachy i tektury zasłaniających je od
parapetu do połowy wysokości, widzę czyściutki błękit. Słońce bije promieniami
zza moich pleców - czyli zza kilku pokoi, parunastu metrów betonu i jednego
piętra. Piękny dzień.
Moja praca w
Ministerstwie rozpoczęła się ponad miesiąc temu i nadal nie mogę się tu
odnaleźć. I to dosłownie - korytarze ciągną się kilometrami i często na długich
odcinkach są nieoświetlone; żarówek ledwo starcza na oświetlenie biura
Ministra, tak przynajmniej słyszałem.
Przed budynkiem
kłębią się ludzie - koleżanki z pokoju przed godziną zeszły na parter, do
poczekalni; tam będą do wieczora tłumaczyły zebranym dziesiątkom petentów
zawiłości nowych rozporządzeń regulujących skup i sprzedaż inteligentnych
ziemniaków. Współczuję im i jednocześnie zazdroszczę - po takim zdarciu gardła
będzie im przysługiwał tygodniowy urlop.
Cały czas lekko
śmierdzi spalenizną. Tak już chyba zostanie na zawsze, psiamać, skoro nie
wywietrzało przez tyle lat.
Popołudnie.
Jest cieplej i
jaśniej, słońce się przesunęło i świeci prawie w okna mojego pokoju. Net
chodzi. Szczególnie ciekawych newsów dziś nie ma - na granicach względny
spokój, w środku imperium też. Za napisanie "imperium" grozi mi
pewnie jakaś kara, może nawet parę miesięcy w pudle. A i tak napiszę: imperium imperium imperium
imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium
imperium imperium imperium.
---
Na parterze, po
prawej stronie od drzwi, w miejscu największych chyba przeciągów w
Ministerstwie, jest sekretariat Biura Częściowej Obsługi. Odkryłem niedawno, że
sekretarka - z wyglądu starsza, nobliwa pani - jest w gruncie rzeczy cyborgiem.
Nie to nawet, że wystają jej skądś metalowe części szkieletu czy kawałki
przewodów - chodzi raczej o sposób bycia. Tuszuje to paleniem, ale mnie nie
zwiedzie.
---
Dziś jest zimno.
Zaczął się październik, ale nadal nie grzeją. Większość kaloryferów jest pusta,
część w ogóle nie jest podłączona do rur i służy za szafki - w standardowej
szerokości przerwie między żeberkami mieści się na wcisk prawie sto kartek
papieru, na wierzchu można ułożyć dwanaście wypchanych segregatorów.
Starsi
pracownicy mówią, że tuż po wojnie do rur puszczano radioaktywną parę z
ministerialnego reaktora. Podobno do dziś w szumie kaloryferów można usłyszeć
szepty nieszczęśników, w których pokojach akurat stały grzejniki przeżarte
rdzą. Brrr...
---
Nie mamy
internetu.
Cały sektor
obsługi komputerów na parterze, po przeciwnej stronie budynku, został odcięty.
Na podwórku pod zakratowanymi oknami serwerowni ustawiono jakieś metalowe,
odrapane pudła, obok nich kręcą się wąsaci emeryci ze straży ministerialnej.
Pewnie atak endowirusów internetowych z drugiego krańca globu - inteligentnych,
wręcz cholernie inteligentnych bitowych stworów, których głównym problemem jest
to, że mogą żyć tylko w sieci. I chcą z niej wyjść. Od kilku lat przypadki
cyfrowego opętania są coraz rzadsze, bo maszyny produkuje się coraz głupsze,
ale sporadycznie w porannych wydaniach "Prawdy i Faktów" można
poczytać o odkurzaczach-zabójcach i pralkach ludojadach, których jacyś smutni
frajerzy nie chcieli się pozbyć, bo "po babci".
Zawsze to lepsze
od opętanej atomowej łodzi podwodnej.
Tak czy owak,
dupa. Nie mogę pracować, nie mam jak, nie chcę, nie mam obowiązku, nie będę.
2009-10-17 18:17:05
skomentuj (0) |
Kopalnia
Gabinet wyłożony pociemniałą boazerią. Na ścianie potret mężczyzny w garniturze. Mężczyzna patrzy twardo, zdecydowanie. Kierownik kadrowy kopalni chciałby brać z mężczyzny przykład.
- Wielgus, nie upierajcie się, zrozumcie, nie wy jedni macie taką sytuację. Co ja wam będę tłumaczył. Nowe czasy nastały, wszystko się zmienia. Kopalnię trzeba zamknąć.
Pan Erwin Wielgus, strzałowy, prezes związku zawodowego górników kopalni "Poranek". Zaciska pięści na biurku, przymyka oczy. Do gardła podchodzi mu coś kwaśnego.
- Panie kierowniku...
- No co? Ja wiem wszystko to, co wy.
- Ale ludzie. Ludzie, co oni zrobią. - Pan Erwin próbuje tłumaczyć. Kierownik udaje irytację, większą, teatralną. Chce skończyć tę rozmowę. Chce, żeby to wszystko się skończyło. To nie jego wina.
- Do jasnej cholery, jak to co? Odprawy będą. Dużo ludzi tu nie ma, jakoś sobie poradzą. Dużo młodych przecież, wyjadą, w Czechach przecież, ten, ile rąk do pracy brakuje. Dadzą radę, Wielgus, już wy nie przesadzajcie, łazicie za nimi, zdrowie tracicie, a co oni, odwdzięczą się wam?
Pan Erwin opuszcza głowę, potrząsa nią.
- Dziesięciu chłopa, panie kierowniku. Dziesięciu chłopa.
Kierownik czerwienieje na twarzy, pochyla się w kierunku pana Erwina. Zza kołnierza rozchylonej flanelowej koszuli wyłażą kręcone włosy klatki piersiowej i medalik.
- No?! Właśnie, Wielgus, właśnie! Mała kopalnia, mało ludzi, nierentowna, i do tego jeszcze to. No to jak się bronić?! Jest decyzja zarządu, i koniec!
- Wy wiecie, panie kierowniku.
Kierownik tężeje.
- Co wiem?
- Tam miało być czysto. Nic na wskaźnikach. Elektronika w porządku. Nic.
Kierownik tężeje jeszcze bardziej.
- Wielgus, czy wy aby nie przesadzacie? Co to jest, co, ja nie wiem? Ja się nie interesowałem? Ale od prokuratora i komisji mądrzejszy nie będę. Były ekspertyzy!
Pan Erwin uśmiecha się.
- Wiadomo było, jak tam jest! - kierownik marszczy brwi. - Taka nasza praca, Wielgus! Taka praca. A tamci... świeć Boże nad nimi.
Pan Erwin nadal się uśmiecha.
- Taka praca, panie kierowniku. A w zarządzie dostali podwyżki za nasze zamknięcie. Za restrukturyzację. Za śmierć naszych kolegów.
Kierownik zamiera.
- Zamknijcie się, Wielgus.- lodowaty ton. Kierownik opada na krzesło. - Nic nie poradzimy. Jest przykaz zamykać. Strajk nic nie da, nikt nie pomoże, takie czasy, że wszyscy tylko dbają o swoją dupę. - kierownik potrząsa głową. Przepracował w "Poranku" dwadzieścia lat. Próbował walczyć, ale wie, że klamka zapadła.
- Idźcie, Wielgus, powiedzcie ludziom, że jutro o ósmej zebranie w stołówce.
Pan Erwin wychodzi.
---
- Pani Irmino, a ten wasz stary...to on długo tak potrafi?
Pani Irmina wzrusza ramionami. Przerwała mycie szyb, rozmawia z sąsiadką.
- Pani Urszulo, chce, niech kopie. Ja mu nie bronię. Przynajmniej zajęcie ma, jakie lubi. W domu spokojny.
Pani Urszula stawia na ziemi kosz z bielizną. Rozmawiają przez otwarte parterowe okno pani Irminy.
- A pewnie, co to komu szkodzi. Lepiej, niż jakby miał pod sklepem chlać, jak mój miał we zwyczaju, świeć Panie nad jego duszą.
Kilka metrów dalej pan Erwin przez małe okienko zsypuje z taczki do piwnicy swój popołudniowy urobek. Za chwilę pozamiata chodnik, uklepie rozrytą ziemię w kącie piwnicy, pójdzie do domu, zdejmie górnicze ubranie, weźmie kąpiel, założy czystą koszulę i zasiądzie z żoną do obiadu. Później zdrzemnie się nieco i pojedzie na nocną zmianę, jako ochroniarz, do banku spółdzielczego w centrum miasta. Tak żyje od pół roku, od czasu zamknięcia kopalni. Mówią o nim, że ma dopiero pięćdziesiąt lat, a już zwariował.
Ale wtedy pan Erwin wzrusza ramionami. Niektórzy oglądają telewizję, inni grają na automatach, większość pije - on kopie. Nie umie inaczej. Żona się na początku dziwiła, teraz przywykła, nawet kanapki do roboty mu robi. Śmieje się, że jak znajdzie skarb, to ma jej oddać, jak wypłatę.
---
Ta szychta będzie inna, postanawia pan Erwin. Znudziło mu się zatrzymywanie pracy na głębokości pół metra, gdy ostrze szpadla zazgrzyta na zwietrzałym, spękanym, upapranym ziemią cemencie. Dzisiaj wziął ze sobą do piwnicy kilof i łom. Pokona tę warstwę skały, dobierze się do cennych pokładów zalegających pod nią. Irka będzie pewnie się gniewać, ale jeśli odpowiednio się zabezpieczy sztolnię, może niczego nie zauważy, a da się kopać w dół... ile? Ile będzie trzeba. A ziemię będzie się wyrzucać za komórką, tam i tak tylko krzaki z gówniarzami palącymi jakieś świństwa.To dobry pomysł, myśli pan Erwin.
---
Grudki czarnej ziemi osypują się wzdłuż krawędzi szpadla, szpadel zatacza krótki łuk, ziemia ląduje na hałdce pod ścianą piwnicy. Skruszały cement fundamentu przedwojennego familoka poddał się łatwo, leży na dnie taczki. Pan Erwin kopie, na głowie ma kask, do kasku przymocowaną latarkę-czołówkę, świeci w głąb dołu. Już prawie na metr głęboki, pięknie pachnie ziemią. Ale do węgla daleko, myśli pan Erwin.
---
Wieczorem dół ma prawie dwa metry, kryje pana Erwina z głową. Dziś nie ma ochroniarskiego dyżuru. Żona zajrzała do piwnicy, robi panu Erwinowi awanturę, martwi się o niego. Pan Erwin obiecuje na dzisiaj skończyć, pokopać jeszcze tylko trochę jutro rano i zasypać dół.
---
Światło poranka wlewa się przez małe okienko do piwnicy, ale w głębi sztolni pana Erwina liczy się tylko latarka. Pan Erwin oszalował dół deskami, wstawił drabinę, ma dwa wiadra - do nich ładuje ziemię, powoli wynosi je na górę, wysypuje urobek na zajmującą już pół piwnicy hałdę. Dół jest zbyt ciasny, by można było spaść z drabiny, prosty szalunek skutecznie zabezpiecza przed osuwaniem się ziemi, ale pan Erwin wie, że nie da rady głębiej, niż na trzy, trzy i pół metra. Bolą go mięśnie i kości, jest za stary na takie zabawy. Irmina się gniewa. Administracja budynku się może przyczepić. Szkoda tylko, że węgla nie ma.
---
Ostatnie dwa wiadra. Wystarczy.
Szpadel uderza w coś ni to twardego, ni to miękkiego. Pan Erwin odgarnia ziemię. Belka, zbutwiała belka. Odgarnia dalej. Obok belki wygrzebuje z ziemi coś jaśniejszego. Nachyla się, dłubie palcami, wygrzebuje tę małą, twardą rzecz o nieregularnym, walcowatym kształcie. W świetle latarki jest jasnobrązowa. Pan Erwin oblewa się potem, oddycha szybko. Łomocze mu serce.
Rozgarnia szybko ziemię. Kości. Kości palców ludzkiej dłoni. Obok, odrobinę głębiej, gładka powierzchnia czaszki, jeszcze głębiej - powgniatana, pozieleniała, mosiężna lampa naftowa.
---
Państwo Wielgus zawiadomili o znalezisku policję i miejskie muzeum. Jeszcze przed południem na podwórko zajechał radiowóz i dwa wyładowane sprzętem samochody z archeologami, przybyli również urzędnicy z ratusza i ekipa lokalnej telewizji. Zrobiło się zbiegowisko na kilkadziesiąt osób. Pan Erwin ze spuszczonym wzrokiem udzielił krótkiego wywiadu, za jego plecami sąsiedzi próbowali załapać się w pole widzenia kamery. Archeolodzy dostali od urzędników pozwolenie na prowadzenie prac wykopaliskowych, pan Erwin otrzymał pouczenie o stwarzaniu zagrożenia budowlanego.
---
Wydobyty szkielet spowity w strzępy ubrania zaklasyfikowano po kilku dniach jako należący do ofiary katastrofy górniczej, najprawdopodobniej z połowy dziewiętnastego wieku, z czasów funkcjonowania na tych terenach pierwszej kopalni węgla kamiennego. Należał do mężczyzny w wieku około trzydziestu lat, który zginął wskutek przygniecenia belką stropową zawalonego korytarza kopalni.
Szczątki miały być pochowane na cmentarzu komunalnym, pan Erwin Wielgus przekonał jednak władze miasta i proboszcza swej parafii do dokonania katolickiego pochówku w granicach nekropolii kościelnej.
---
Pani Irmina obudziła się w nocy. Obok niej nie było pana Erwina. Wygniecione prześcieradło z jego strony łóżka było zimne. Usłyszała głos, dobiegający z kuchni. Pan Erwin mówił coś po niemiecku. Zaniepokojona Pani Irmina wstała, podreptała do kuchni. Nie zapalała światła, lampy na podwórku dawały go wystarczająco wiele, zasłonki i firanki zostały dzień wcześniej zdjęte do prania. Pan Erwin siedział przy stole pod oknem, krzesło po przeciwnej stronie było lekko odsunięte. Na obrusie butelka wódki, dwa kieliszki - pana Erwina pusty, drugi pełny. Pan Erwin zadał skierowane ku drugiemu krańcowi stołu pytanie, zaczekał w ciszy przerywanej tykaniem naściennego zegara. Zadał kolejne, cisza, znów coś powiedział i czekał. Pod stopą pani Irminy skrzypnął drewniany próg kuchni, pan Erwin odwrócił się w kierunku żony, uśmiechnął, spojrzał jeszcze raz na drugi koniec stołu, wstał. Przeprosił żonę, pocałował ją w policzek i wrócił do łóżka. W kuchni pozostał słaby zapach alkoholu.
---
Pani Irmina pyta rano o powód zachowania pana Erwina i jednocześnie, uspokajając samą siebie, stanowczo zabrania mu samotnego picia wódki. Pan Erwin skwapliwie zgadza się z żoną. Na tyle szybko, by ją to zaniepokoiło.
Pan Erwin wychodzi z domu, idzie do piwnicy, pani Irmina widzi przesuwającą się wzdłuż parapetu łysinę. Pan Erwin rozmawia z archeologiem, wciąż dłubiącym wraz z parą studentów w czarnej ziemi.
---
Wieczorem pan Erwin całuje żonę i jedzie tramwajem na dyżur. W swojej kanciapie obok portierni banku natychmiast włącza telewizor. Przerzuca kanały, ogląda wszystkie wydania wiadomości po kolei. Nic.
---
Następnego ranka, gdy pan Erwin wraca do domu, do komisariatów policji, prokuratur i sądów w całym kraju zgłaszają się dziesiątki osób. Przychodzą same lub ze zdenerwowanymi adwokatami,niektóre czekają przed budynkami jeszcze przed świtem, inne dzwonią do znajomych sędziów z prośbą o wystawienie dla siebie nakazu aresztowania. Osoby te działają w stanie wielkiego pobudzenia emocjonalnego, niektóre są przerażone.
---
Po południu pan Erwin budzi się, żona podaje obiad i herbatę. Pan Erwin włącza telewizor i ogląda wiadomości. Uśmiecha się i płacze. Wieczorem idzie do kościoła i zamawia mszę za zmarłych.
---
W ciągu kolejnych tygodni wszystkie krajowe gazety i serwisy informacyjne dostarczają nieprzerwanie wiadomości o aresztowaniach i śledztwach wszczętych w związku z masowym, dobrowolnym ujawnianiem się członków organizacji, nazwanej w mediach mafią węglową. Działalność tych osób, polegająca między innymi na sprzedaży kopalniom wyeksploatowanego, nie nadającego się do użytku sprzętu górniczego, przyczyniła się najprawdopodobniej do głośnych katastrof górniczych ostatnich lat.
W czasie procesów powołani na wniosek obrony biegli nie wykazują u oskarżonych żadnych zaburzeń psychicznych. Przedstawione przez samych podsądnych dowody przestępstw są niepodważalne. Ostatecznie w sprawie zapada kilkadziesiąt wyroków skazujących, w tym kilkanaście na kary wieloletniego więzienia. W literaturze kryminologicznej i annałach psychiatrii sądowej nigdy nie zdołano w przekonujący sposób wyjaśnić fenomenu "histerii węglowej".
---
Pani Irminie nie było łatwo uwierzyć panu Erwinowi.
2009-10-17 18:08:04
skomentuj (1) |
Gruppas
 |
szkoda tylko że to się kiedyś skończy |
Każdy idiota potrzebuje drugiego idioty żeby funkcjonować.
2009-05-07 03:13:46
skomentuj (1) |
|