blogoslawieni

Bunia w podróży
Jadzia & Mishi
Miś
my-lene
bibi
hubert
sush
+plus
ploxx
slajd
pi
mrrau
park!nk
ykr4
idiotik.blog




? ucho




2011
sierpień
czerwiec
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
2009
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
listopad
październik
maj
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień


elcq

Lick

2012-03-02 00:26:15
skomentuj (0)


światy równoodległe



2011-08-01 12:49:22
skomentuj (0)


Ogromny Plus dla Zespołu

Setting The Woods On Fire - December Decay

http://mrrau.net/dobro/ogromny_plus_dla_zespolu.html

stwof, marcin buźniak, dominik paszkowski, karol koszański, setting the woods on fire

http://www.facebook.com/settingthewoodsonfire



2011-06-10 02:51:07
skomentuj (0)


yes



2011-06-03 10:00:08
skomentuj (0)


oto jest SZtuka przez duże SZ. w warszawie, na ulicach

ukrywa się, ale oni znajdują ją i puszkują
sztuka publiczna no! i nawet nespoon tam jest :)
* to jest wpis sponsorowany

2011-01-21 00:37:01
skomentuj (0)


Robert P.

kiko:
ja myslę że on w głębi duszy jest dobrym człowiekiem

priemko:

ale na takich głębinach panuje ogromne ciśnienie

 

kiko:

to prawda, niebezpiecznie się tam spuszczać

 

priemko:

dla mnie to on jest transparentny jak sperma



2011-01-05 22:25:43
skomentuj (1)


Hateboarding



2010-11-17 08:28:55
skomentuj (0)


Blam Blam



2010-11-08 18:03:02
skomentuj (1)


Wieś

Działo się to zimową porą, chociaż formalnie była wciąż jesień. Roman, z zawodu literat, obecnie dorabiający jako rachmistrz w ramach powszechnego spisu rolnego, wysiadł ze służbowego Poloneza prosto w śnieg i zaklął po raz drugi. Pierwsze przekleństwo rozbrzmiało kilka minut wcześniej w nagrzanym do niemożliwości wnętrzu samochodu, gdy Roman, ujrzawszy zabudowania wsi, zorientował się, że nie bardzo wie, gdzie jest – właściwa strona służbowego atlasu drogowego okazała się być wyrwaną przez któregoś z poprzednich użytkowników, zaś służbowy GPS padł nieodwołalnie kilka dni wcześniej. Teraz zaś śniegowa masa, nieco roztopiona, błotnista i udekorowana świńskimi odchodami wlała mu się przez cholewkę do prawego buta. Chlupiąc i zgrzytając zębami ruszył w kierunku zagrody, która wedle przerdzewiałej tabliczki miała należeć do sołtysa wsi.

            Sołtys, grubawy i wąsaty mężczyzna po pięćdziesiątce, powitał go uprzejmie i zaprosił do chałupy na herbatę z sokiem malinowym i wódkę. Roman podziękował, wypił tylko czterdziestkę - nie wiedział przecież, czy nie będzie musiał zaraz siadać za kierownicą. Spróbował również ciasta przyniesionego przez gospodynię. "Dobre, drożdżowe" rzekł, sypiąc okruchami; strzepnął je szybko pod przykryty obrusem stół.

Sołtys zaśmiał się, klepnął żonę w obfity pośladek i gestem zachęcił do tego także Romana. Ten udał, że nie rozumie, uśmiechnął się głupio, gospodarz jednak powtórzył klepnięcie, żona udała, że się wzbrania, po czym schyliła się przed krzesłem Romana i wypinając zalotnie tyłek zaczęła niby to wydłubywać spomiędzy desek podłogi jakieś paprochy. Roman, chcąc sprawić przyjemność obojgu i zarazem uczynić zadość tutejszym obyczajom, których najwyraźniej dopiero się uczył, obiema dłońmi uderzył od dołu w obleczone zieloną spódnicą krągłości. Wyszło mu cokolwiek słabo i niezdarnie, ale w przenikliwym krzyku kobiety zabrzmiało zadowolenie, a gospodarz zaśmiał się i zaklaskał w ręce. Po chwili chichocząc nachylił się i bezceremonialnie złapał żonę od tyłu za obfite piersi, potarmosił wśród jęków i chrapliwego oddechu, ustąpił wreszcie. "Śmiało, pan rachmistrz tera" - szczerbaty uśmiech rozlał się na alkoholowej twarzy sołtysa. Roman roześmiał się sztucznie, pokręcił głową. "Mam narzeczoną." Gospodarz parsknął życzliwie i polał wódki w niedomyte szklanki. "Młody pan jesteś, to dlatego. Ano, wypijmy - na zgodę!” "No dobrze..." Romanowi niezręcznie było oponować i wzbraniać się przed kolejnym kieliszkiem; jego praca wymagała pozyskania życzliwości sołtysa. "Rach, ciach, chlup!" Szklane stopki uderzyły o drewniany blat, sołtys sięgnął po kiszonego ogórka, Roman zakasłał gwałtownie i wybałuszając oczy szarpnął się w tył, byle dalej od obfitej i brudnoszarej piersi, którą gospodyni nagłym ruchem podetknęła mu pod nos. Sołtys pogroził jej palcem i powoli wstał zza stołu; baba piszcząc jak podlotek rzuciła się do kuchni, gospodarz zdążył jednak wymierzyć jej solidnego kopniaka w siedzenie. Krzyknął coś, czego Roman nie zrozumiał; kilka bełkotliwo-zgrzytliwych, słowiańsko brzmiących wyrazów bez specjalnej złości. "Babę trza krótko trzymać i często jej dogadzać,"  rzekł do Romana. "Inaczej macica jej do łba uderza i durnieje ze szczętem." Roman przytaknął. "To co, panie rachmistrz, może po wsi się przejdziem?" "Tak tak, no już właśnie miałem to zaproponować."

Wyszli przed dom, sołtys zamknął drzwi na kłódkę. "Strzeżonego złe nie ruszy, a taka kłódka mocna!", klepnął Romana w plecy. "Ale tak pan żonę zamyka?" "No tak." Wzruszenie ramion. "Tak to u nas we zwyczaju jest. Ojciec mój tak zamykał, jeszcze za Niemca, dziad za caratu zamykał. Dobre to i zmieniać nie zamierzam."

Ruszyli w wieś. Roman próbował przybliżać sołtysowi idee i cele spisu rolnego, ów kiwał głową, machał ręką i burczał pod nosem. Stwierdził, że wie i rozumie i mało go to obchodzi, ale trzeba, to trzeba i bez gadania.

Minęli zaniedbane gospodarstwo przy drodze i Roman, oglądając się za siebie, zapytał sołtysa o przyczynę jego pominięcia; „Przecież w spisie wszystkie się muszą znaleźć.” "Te nieważne." "Ale panie sołtysie, jak to nieważne, wszystkie mają być!" "Nieważne, mówię. Będzie chciał pan rachmistrz, w drodze powrotnej zajdziem. A tera dalej zapraszam."

Nagle zza płotu zostawionej za plecami chałupy wybiegł rozczochrany mężczyzna i chrupiąc deptanymi bryłami brudnego śniegu, w kilku skokach dobiegł do Romana i sołtysa. Ten ostatni zmarszczył brwi i spojrzał spode łba. "Chwościuk, czego ty tu? Masz czelność mię pod oczy leźć, gadzino durna?" Wieśniak warknął, chwycił Romana za ramię i nachyliwszy się ku niemu szepnął ochryple: "To nie nasz sołtys!". Jego oddech śmierdział czosnkiem i zgnilizną, rachmistrz szarpnął się w tył, ale rozczochrany trzymał mocno. "To potwór! Zjadł naszego sołtysa i się przebrał za niego!" Sołtys splunął na ziemię. "Dobra, Chwościuk, starczy tego." Wieśniak zawarczał gardłowo. Sołtys nachylił się i z cholewy wyciągnął długi, ostry nóż. "Poszedł won," wycedził. "A wieczorem chcę mieć z powrotem moje piniendze, wyrodku, bo ci flaki wypruję i kotu dam. I niech twoja matka je przyniesie, a ubierze się przyzwoicie, jak do urzędu. Zrozumiał?!"

Rozczochraniec wykręcił głowę ku blademu niebu, zawył rozdzierająco i pobiegł, potykając się, w kierunku swego domostwa. Sołtys westchnął i schował nóż. "Dobry to chłopak, jeno straszliwie durny i zdegenerowany. Matka jego zupełnie niczego sobie, a on pije i pije i jak mi mówili, chędoży co popadnie. Krowy, świniaki. I piniendze mi winni są, co ojciec, stary Chwościuk, pożyczył. A potem się utopił." Zrobili parę kroków. "A mówiłem, że do tamtej chałupy nie ma co zaglądać? Także słuchajcie mnie, panie rachmistrz, i idźcie tam gdzie ja idę, to spiszecie co i jak trzeba." Roman pokiwał głową. "No, rozumiem, proszę - niech pan prowadzi..." "No."

Droga skręciła, wspięli się na mały wzgórek. Na środku błotnisty placyk, dokoła płoty, dwie chaty, drewniany kościółek. "Ot i wieś nasza," sołtys zatoczył krąg ręką. "Ot i moje gospodarstwo!" "Jak to," zdziwił się Roman, "Tylko te dwa domy? Przecież w poprzednim

spisie jest piętnaście!" Sołtys wzruszył ramionami. "Ale!", rzekł. "To ile było temu? Dziesięć lat?" "No tak, ale przecież..." Sołtys ruszył powoli w kierunku kościółka. "Powymierali, panie. Z chorób, ze starości. To same dziadki przecież byli. Młodzi wyjechali, i tak o."

Zatrzymał się i wskazał ręką. "Tam tera leżą ci z poprzedniego spisu." Pod drewnianą ścianą świątynki Roman ujrzał kilkanaście omszałych krzyży, pochylonych nad kopczykami i połamanymi płytami z lastryko. "Wieczne odpoczywanie..." zamamrotał sołtys. Oszołomiony Roman nie dokończył słów modlitwy. "To pan idź, panie rachmistrz, tam do tej chałupy z lewa" - sołtys wskazał na murowany, parterowy budynek o poznaczonych siatką pęknięć ścianach – „A ja księdzu proboszczowi was zapowiem." Roman przytaknął i poczłapał ku domowi.

Sień nie posiadała drzwi, bez pukania zanurzył się w mroczny, pachnący gotowaną kapustą korytarz. "Halo, dzień dobry! Halo!", zawołał. Zapukał w uchylone drzwi po lewej stronie, nikt nie odpowiedział, pchnął je więc i zajrzał do izby.

Przez małe okienko wpadało niewiele światła; w półmroku Roman ujrzał po pierwsze kilka sylwetek pochylonych nad ustawionym pośrodku stołem i zajadających coś zawzięcie łyżkami. Po drugie zaś dostrzegł, że pochłanianą potrawą są kiszki i inne wnętrzności z leżącego na stole, rozprutego ludzkiego ciała. Roman wydał zduszony okrzyk; odwrócili się ku niemu babina z zalanym czarną krwią podbródkiem i chłop z muszką pod szyją i z ochłapem w zębach. Rachmistrz wybiegł na zewnątrz, wywrócił się w błoto, z tyłu dobiegł go donośny, chóralny rechot. Podniósł głowę - kilkanaście metrów przed nim pochylony sołtys wycierał w śnieg dłonie pokryte czymś czerwonym, rozcierał między palcami białe grudy, brudząc je na krwawy kolor. Przerażony Roman zerwał się i rzucił przed siebie, byle dalej od osaczającego go zewsząd szaleństwa. "Hejta! Prr!" Krzyk sołtysa przetoczył się po placyku niczym grom. "Panie rachmistrz, wolnego! Toż to żarty były przecież!" Roman gwałtownie oparł się plecami o ścianę stodoły, uniósł ręce w odruchu obronnym. Z domu, który z takim pośpiechem opuścił, wytoczyło się na plac rozbawione towarzystwo; stara kobieta, dzieciaki, odświętnie odziana para w średnim wieku, wszyscy wymazani na czerwono. "To Zdunki, pan rachmistrz się nie boją, stary kawał z umarlakiem pożeranym zrobili, oni tak mają. Weseli są jak mało kto," krzyknął sołtys, sam z trudnością panując nad śmiechem. "Do jasnej cholery!", wybuchnął Roman. "Wystraszyłem się!" Odetchnął głęboko kilka razy, sapnął, potrząsnął głową. Chłop-kanibal chichocząc otarł płynące mu policzkach łzy. "No już, już, pośmiali się i wystarczy", rzucił w jego kierunku sołtys, podchodząc do Romana. "Zabieraj Zdunek rodzinę i do chałupy, w urzędowych sprawach nie przeszkadzaj." Widząc skierowane ku swym zakrwawionym dłoniom spojrzenie Romana, sołtys podstawił mu je pod nos. "Ksiądz proboszcz poprosili, coby mu kurę na obiad zarżnąć, sam się brzydzi i nie umie za bardzo." Roman pokiwał głową. "Pan rachmistrz zapisze tych tu Zdunkow może, za pamięci, w kajet." Roman przytaknął mruknięciem, szybko wydobył z teczki plik ankiet. "To muszę te wesołą rodzinę o wszystko wypytać, trochę to zajmie." "Ta gdzie tam, co ich pytać, ja wszystko powiem, co urzędowo trzeba." "Nie no, panie sołtysie, ja podpis gospodarza potrzebuję." "Starego Zdunka? Przecież on ni czytaty, ni pisaty, trzy krzyżyki ledwo stawia. Prawdziwy analfabeta, mało już takich. Żona jego jeszcze lepsza - nie wiadomo w ogóle, jak się nazywa i skąd jest, ale kobita dobra i dupiasta. To ona ten żart z truposzem wymyśliła. Gość jaki, bywa, do wsi przyjeżdża, a ta na stół się kładzie, michę krwawej kiszki miedzy kaftan a spódnicę wtyka i rodzinie pożerać się każe. Ot, telewizora nie ma, trza samemu se rozrywki dostarczać. No dobra, pisz pan..." Przez następne kilka minut sołtys dyktował Romanowi piszczące z biedy tajemnice rodziny Zdunków, podpisał się "z upoważnienia". "To co, jak pan radzi, może księdza odwiedzimy teraz, żeby nie czekał za długo", zagadnął Roman chowając papiery; chciał zatrzeć w swojej i sołtysa pamięci niefortunne spotkanie ze Zdunkami. Sołtys obejrzał się przez ramie na drewniany budyneczek plebanii. "Nie sądzę", rzekł po chwili. "Ksiądz dobrodziej nie życzy sobie teraz wizyty." Roman uniósł brwi. "A pan spojrzy, dyskretnie ino." Roman spojrzał. "Okienko na piętrze." Zmrużył oczy, za szybą dostrzegł postać w czarnym stroju z koloratką, w worku z wyciętymi otworami na oczy. Postać kołysała się lekko, jakby na niewidocznej linie. "Ksiądz proboszcz, wstyd może powiedzieć, na umyśle słabuje i kiedy niekiedy samobójcę udaje", cicho rzekł sołtys. "Choć czemu, to Bóg raczy wiedzieć. Do nikogo wtedy nie gada, ino na linie za szelki zaczepionej dynda. A potem się wszystkiego wypiera. Ano, swoje lata ma..." Roman głośno przełknął ślinę. "A... a nie próbowaliście leczyć jakoś? Lekarza może? A kuria... Biskup?" "Ta gdzie ta", wzruszył ramionami sołtys. "W kurii to w ogóle nic o naszym dobrodzieju nie wiedzą, papiery jakieś mają, że w czasie wojny zginął. A tu to kto niby siedzi, kto mię chrztem świętym polewał?" Machnął ręką. "A co ja poza tym się będę biskupa pytał, co to ja, prezydent jestem albo starosta..." Roman chrząknął, poskrobał się po nosie. "No to ja już nie wiem." "Ee tam. Rach ciach, pisz pan - świniak, kury nioski cztery, jedna świeżo zarżnięta, pięć było... koza jedna. Za gosposię moja stara robi, się doliczy do dochodu odpowiednio." Przez dłuższą chwilę Roman wypełniał właściwe rubryki w spisowej tabeli, zerkając w okienko z kołyszącym się upiornie księdzem; zdawało mu się, że szalony proboszcz wyciąga zawiniętą w worek głowę w stronę szyby, chcąc lepiej widzieć, co też się wyprawia na placu przed jego kościołem.

"No dobra." Sołtys poprawił czapkę. "Ostatnia chałupa się nam została, ale jak to mówią, nie najmniej ważna. Rodzina moja!" Zrobili parędziesiąt kroków i stanęli przed drzwiami niskiego, długiego domostwa. Z okna obok wejścia wychyliła się na moment jasnowłosa główka dziecka, zachichotała i znikła. Drzwi otworzyły się gwałtownie, Roman ledwo stłumił krzyk, ale na progu zamiast spodziewanej makabry stanęła zupełnie niebrzydka, młoda blondynka w kwiecistej sukience. "Ot i Jadźka, moja stryjenka!", sołtys uśmiechnął się szeroko. "Poznaj pana rachmistrza. Spis przyjechał robić." Krótkie zamieszanie w sieni, głośne całusy i piski dzieciarni. "Proszę, proszę dalej, do izby, siadajcie, nie, nie ma Franka, na budowie jest daleko gdzieś, tak, w mieście, no siadajcie, już zupy nalewam, grzybową zrobiłam." Roman i sołtys biorą w dłonie poszczerbione, aluminiowe łyżki, siorbią gorącą, aromatyczną zupę. Gospodyni ma piękne, chabrowe oczy, popatruje na Romana, ten poci się coraz bardziej, pod wpływem spojrzeń czy może rozgrzany posiłkiem. Obaj goście biorą po dokładce, w jasnoszarej zawiesinie na talerzach pływają wielkie, płaskie kapelusze grzybów. "To ile u was tych dzieciaków, Jadzia, bo ja już rachubę straciłem." "A piątka. Staś, Krzyś, Antoś, Marysia i Julcia. Co, zapomniał stryjek?" "Gdzie tam zapomniał. Dla pana rachmistrza pytam, żeby dobrze wyszczególnić, wynotować. Piniądze jakieś z tego być mogą. Dobrze gadam, panie Romanie?" Roman wytarł wargi jednorazową chusteczką, uciekł wzrokiem od erotycznego magnetyzmu spojrzenia zabierającej mu talerz pani Jadzi. "Zasadniczo to możliwe", odchrząknął. "No, rodzina wielodzietna..." "O to to właśnie!", wtrącił sołtys. "Także Jadziu, bądź mila dla pana rachmistrza i co by się tam nie pytał, mów jak trzeba. Ja też urzędowo pomogę." Roman uśmiechnął się, wyciągnął ankietę spisową i długopis i nagle dostrzegł jasnożółte snopy światła, bijące w górę spomiędzy desek podłogi. Otworzył ze zdumienia usta i poczuł, że jego żuchwa opuszcza się na nagle rozciągliwej jak nagrzana guma skórze i zatrzymuje dopiero na udach. W panice spojrzał na sołtysa i uroczą gospodynię - ich twarze i ciała płynęły w dół jak stearyna z roztapiającej się świecy. Wrzasnął, poczuł jeszcze, jak przecieka przez krzesło – i ogarnęła go ciemność.

"...była ta zupa grzybowa?!" "Jak to z czego?! Z grzybów! Rydze, maślaki, czerwońce, muchojadki..." "Psiakrew... To widocznie z gorąca i duszności... Panie rachmistrz!" Klask, Roman czuje palące uderzenie w policzek, otwiera oczy. "Panie... No! Dzięki Bogu, już żeśmy się martwili... Co wam? Za gorąco pewnie?" Roman czuje, że język ma wyschnięty na

wiór. "Nie wiem", chrypi cicho. "Mleka! Mleka mu daj, Jadzia, ino chłodnego!" Po chwili kobieca ręka unosi delikatnie Romanową głowę, wlewa z kubka do ust biały, kojący płyn. Rachmistrz opada na poduszkę i oddycha z ulgą. "A może mu cycki pokazać?", szepcze gospodyni. "Zdurniałaś! Toć widzisz, jaki rozpalony! Jeszcze apopleksji dostanie. Tu trzeba organizm chłodzić..."

Roman słyszy jeszcze strzępki rozmowy, zapada w sen.

Budzi go dojmujące zimno i ostry blask. Zrywa się na równe nogi, jest przed chałupą na wiejskim placu, nagi, po ciele spływa strużkami błoto i topniejący śnieg. Niedaleko stoją stryjenka Jadzia i sołtys, ona odwraca się skromnie, on podskakuje i klaszcze z radości. "Ha! No!" Podbiega, okrywa Romana szorstkim kocem i naciera. Roman jest zbyt słaby, by protestować. Oboje ubierają go, w izbie poją gorącą herbata z malinami. "No, Jadziu, będziem się zbierać." "Oj, szkoda, ano..." "Tak trzeba." Już w progu gospodyni całuje Romana w usta, trwa to kilka sekund. Sołtys marszczy brwi. "To na rozgrzewkę", śmieje się kobieta. Gdy odchodzą, macha im długo na pożegnanie.

Dom sołtysa pachniał wilgotnym drewnem i mydlinami od świeżo wyszorowanej podłogi. Za oknem niebo przybrało odcień głębokiego fioletu; sołtysowa zapaliła lampę naftową, postawiła na stole nakrytym białym, nakrochmalonym obrusem. Roman zaczął ostrożnie popijać gorącą, gorzką herbatę. "Lepiej, panie rachmistrz?" Kiwnął głową, uśmiechnął się słabo. "Muszę rzec panu, ze radzi jesteśmy ogromnie z pańskich odwiedzin, z

państwowego, było nie było, zainteresowania. Rzadko to bywa, oj rzadko. A od innych przecież nie jesteśmy dużo gorsi. Nie wie pan, jak to będzie za lat dziesięć? Przy następnym spisie? Przyślą pana?" Roman pokręcił głową, wzruszył ramionami; chciał coś powiedzieć, nie zdążył. "No pewnie", westchnął sołtys. "Skąd to nam wiedzieć takie rzeczy." Roman siorbnął herbatę, zerknął w stronę oświetlonej jasno kuchni, w drzwiach po raz kolejny mignęła mu rozdziana do halki gospodyni, przestawiająca jakieś garnki. Spojrzał z powrotem na sołtysa i zrobiło mu się gorąco.

Cień gospodarza, rzucany przez lampę na ścianę z zawieszonym świętym obrazkiem, należał nie do człowieka, lecz do jakby olbrzymiego karaczana, wymachującego energicznie długimi czułkami i chitynowymi odnóżami. Roman zmartwiał; sołtys pochwycił jego  przerażone spojrzenie, wyciągnął szybko rękę i strącił z klosza lampy czarnego owada; ten upadł na grzbiet i za moment zginął zmiażdżony pięścią. "Nie znoszę tych choler, do nosa człowiekowi wleźć w nocy potrafią", mruknął sołtys, wycierając dłoń o spodnie. "Na czym to ja... A. Wie pan, tak sobie myślałem, co by tu panu dać no, na pamiątkę, coby pan o naszej wsi dobrze myślał. Nie!", urwał gospodarz, widząc minę Romana. "Tu sprzeciwu nie zniesę!" Podniósł się od stołu, podszedł do kredensu po drugiej stronie izby i grzebał przez chwilę w jego szufladach. Wrócił, niosąc ze sobą płócienny woreczek, mocno zalatujący stęchlizną. "Patrz pan" - wysypał jego zawartość na stół. Brzęknęły i zabłyszczały złotawo niewielkie monety, dziwaczne, z dziurkami w środku. Zachęcony przez gospodarza Roman przyjrzał się jednej; napisy po angielsku, nieco zatarte, pieniądz wykonany jakby z miedzi. "Brat, wie pan, w Australii siedzi od paru lat. W Australii. I takie o, śmiszne dolary w drobniakach mi przysyła. Weź pan sobie jeden, na dobrą pamiątkę." "Nie, panie sołtysie, nie mogę, prawo nie pozwala, naprawdę mi przykro, wziąłbym, ale rozumie pan...", protestuje Roman. Sołtys nachyla się nad nim, ogromnieje, uśmiecha się. "Szczęście panu przyniesie, szczerze mówię!". "Nie nie, ja naprawdę bardzo proszę! Niech pan zrozumie, powiedzą, że korupcja..." "Eee tam", macha ręką sołtys, "Ale nie będziem się teraz kłócić. Do wyrka pora." Roman znów protestuje, powinien wracać do miasta; dziękuje serdecznie za pomoc, ale nie chce nadużywać gościnności. I wtedy gospodarz mówi "Do łóżeczka, do łóżeczka, i na nosek kołdereczka!" Roman drętwieje ze zdumienia, bo tak zwracała się do niego matka. Chwilę później uderza głową w blat stołu i zapada w sen.

Obudził się skostniały rankiem w swoim samochodzie, na poboczu pokrytej szronem drogi wśród pol. Dookoła, jak okiem sięgnąć, nie było śladu ludzkich osiedli. Oprzytomniał powoli, sięgnął do teczki i zaczął wyciągać i przeglądać swe papiery. Wszystko było, wszystko się zgadzało - ankiety spisowe wypełniane wczoraj w dziwnej wsi były w porządku i na swoim miejscu. Wsadził rękę w zanadrze marynarki - portfel i dokumenty były. Coś brzęknęło cicho, jakiś mały, płaski kształt uciekł mu spod palców; złapał, wyciągnął - dziurkowana moneta z Australii. „Ale uparty ten sołtys, i świnia, jednak do samochodu wsadził, nie przenocował... Albo może tak się wczoraj urżnąłem?...” Zapalił silnik i ruszył do miasta.

Krotki czas potem oskarżono Romana o sfałszowanie ankiet – mieszkańcy ostatniej odwiedzonej przezeń wsi, której nazwy i położenia nie potrafił przekonująco przedstawić, nie figurowali w żadnych powojennych spisach ludności powiatu, co znaczyło, że takiej wsi zwyczajnie nie ma i być nie może. Groziła Romanowi nawet odsiadka, nie mówiąc o wysokiej grzywnie i zawale serca; minęło jednak kilka tygodni i w apokaliptycznym bałaganie okołospisowym zagubiono całą przekazaną przez Romana dokumentację – tym samym wszelkie dowody zbrodni zniknęły. Co prawda jednocześnie Roman stracił dowód na to, że dobrych kilka tygodni harował w charakterze rachmistrza i w związku z tym należy mu się zapłata, ale tym się już nie przejął; w ogóle na długi czas mógł przestać się przejmować brakiem pieniędzy. Sołtysowy dziurawy dolar od brata okazał się bowiem być szalenie rzadkim egzemplarzem pierwszej australijskiej waluty z początków dziewiętnastego wieku, sprzedawanej obecnie na światowych aukcjach po ćwierć miliona dolarów sztuka.

 

Tak to Roman stał się bogatym człowiekiem, a jego dalsze losy... Ale to już zupełnie inna historia.

 

 

 



2010-10-11 19:43:05
skomentuj (1)


Patrz jaki jestem kool wyluzowany, na uszach raybany



2010-10-09 14:32:48
skomentuj (3)


Pojechał

Pojechał

2010-09-12 21:04:54
skomentuj (0)


11 (blast from the past)

autor okazał się być pijakiem jego siostra przedwcześnie zmarła
zakopana w głębokim grobie nie śmiała nawet wetować decyzji brata
to potworna potważ i skaranie boskie

Ireno zapadasz się w oczach
nikniesz
nic nie jesz umrzesz w ten sposób....
herbaty mleka i krwi nam potrzeba
wewnętrzny bój
serpentyny
gwasze
analogowe komputery
wełniane kalesony
krytyczny upadek
ostateczne wezwanie
rozbita rodzina
sprawdzony gracz
wiezień komika

2010-09-09 10:17:01
skomentuj (1)


Jak obsmyczać?

priemko: nie chciała mi uwierzyć ze Edyta Górniak robiła Ci loda, ale ja się zaklinałem że to prawda
kiko: kto?
priemko: Bibi
kiko: serio z nia o tym rozmawiałeś?
priemko: serio
priemko: chwaliłem Cię
kiko: nie wiem co powiedzieć
priemko: no przekonaj ją, że to prawda

2010-07-27 22:42:08
skomentuj (2)


przewodnik pamiętnika

Dziś oprowadzałem komisję, Horsta i Heckego. I Pabsta, ale go zastrzelili. Dostanę za to po premii. Potem nie zdążyliśmy na wieszanie Reinefartha, jak doszliśmy na plac to już dyndał i rzucali w niego ludzie śmieciami, butelkami. Moi z wycieczki byli niezadowoleni, najgorszy jeden grubas co siedział w kacecie, czerwony na mordzie, chce skarżyć biuro podróży. A se skarż, łajzo, zwyrodnialcu. Niektórzy tego Reinefartha chcieli zatopić w pleksiglasie albo sztucznej żywicy i wrzucić do Wisły, inni z kolei upiec i zjeść, żeby śladu nie było. Zresztą Franka zjedli, a takiego tam... jak on... od wysyłki na roboty w każdym razie. No. Jego wsadzili do kanału pod placem Bankowym i tam zamurowali, i tyle. Gość podobnież sam się zjadł, po pół roku tylko mundur znaleźli i szczękę.

      A z flag z hakenkrojcem to ludzie sobie podobno gacie szyją, wycieraczki, szmaty do podłogi. Wiem, że papier toaletowy to na pewno można kupić w delikatesach na Wilczej. A tam też zaprowadziłem ostatnio Turków, ze dwunastu ich było. I kawę pili w kawiarni znajomego, no taki lokal, nie za duży, nie za mały, potem im wódki polali i się zaczęło. Jakoś jeden zamówił taryfę, to znaczy taksówkę, właściwie dwie czy trzy. Pojechali niby po jedzenie, kebaby jakieś. Jak nie wracali, to się okazało, że z Dworca Głównego pojechali pospiesznym do Wiednia przez Pragę. Zatrzymała ich policja dopiero jak próbowali się wspiąć na mury austriackiej stolicy. Niby zdobywali.

      Gorąco jest jak jasna cholera. Kiedyś tak nie bywało. Ojciec mi opowiadał, że jak on czasem z księdzem znajomym musiał Wisłę zimą przejść, to nie myśleli nawet o moście żadnym, bo żadnego nie było, ale nie w tym rzecz – po lodzie mogli sobie śmiało na własnych nogach pójść. Na drugi brzeg. Jak sobie chcieli. Czy w tą, czy w tamtą. A teraz? Nie mówię, żeby latem chodzić, ale nawet zimą się nie da. Chociaż podobno, to mi kolega mówił, że przy Gdańskim jest szwabska łódź podwodna zatopiona, tak w poprzek, niegłęboko. I jak jest woda nisko, w sensie jak jest właśnie gorąco jak dzisiaj i nie padało, to można se po niej pochodzić. Ale mostu z niej się zrobić nie da, za krótka, i okrągła jakby, rurowata. Człowiek by mógł łatwo spaść.

      Wczoraj po robocie pojechałem do kolegi, na Wilczą, to już mówiłem o tej knajpie. I tam były takie dwie niunie. Pomyślałem, że zagadam, przedstawię się, a co, a jak, a skąd koleżanki, a może się napiją czegoś. I wszystko było jak należy, ale się okazało, że one są jedna. W sensie że zrośnięte czy coś. No i tak o... ale wziąłem numery od nich.

      Oczy mnie ostatnio bolą i tyłek. Z różnych powodów. Od gapienia się na monitor albo na kobiety i od siedzenia. Jak z kolei oprowadzam, to boli mnie gardło, czasem głowa. Co by człowiek nie robił, to zawsze coś. A od tabletek przeciwbólowych boli mnie brzuch.

2010-07-22 19:53:11
skomentuj (1)


życie owadów

- Nie zauważyłeś nigdy jakie to dziwne - powiedział Mitia. - Bardzo łatwo jest mówić komuś, jak ma żyć i co robić.
Każdemu umiałbym to wytłumaczyć. I nawet bym pokazał, do których świateł lecieć i jak.
Ale kiedy to samo masz zrobić osobiście, siedzisz w miejscu albo lecisz w zupełnie inną stronę.
- Nie rozumiem - zdziwił się Dima - co w tym trudnego. O, popatrz, ile się ich pali. Wybierz któreś i leć, dopóki starczy ci sił.
- Właśnie w tym sęk - rzekł Mitia - że we mnie wybiera od razu dwóch. I nawet nie potrafię ich rozdzielić.
Nie wiem, który jest prawdziwy, i nie wiem, kiedy jeden zastąpi drugiego. Dlatego, że obaj chcą niby podążać ku światłu, ale każdy inną trasą.
I proponują, żebym robił zupełnie przeciwstawne rzeczy.
- Komu proponują?
- Mnie.
- Aha - powiedział Dima - więc jest w tobie już trzech?
- Jak to trzech?
- Pierwszy, drugi i ten, któremu tamci proponują.
- Łapiesz mnie za słowa. No dobrze, ujmę to inaczej.
Kiedy próbuję podjąć decyzję, ciągle natykam się w sobie na kogoś, kto podjął decyzję wręcz przeciwną, i właśnie ten ktoś potem wszystko robi.
- A ty?
- A ja? Kiedy on się pojawia, staję się nim.
- No więc znaczy, że on to ty?
- Ale ja przecież chciałem robić coś wręcz odwrotnego.

Mitia na długo umilkł.


**Życie owadów - Wiktor Pielewin

2010-06-20 01:51:08
skomentuj (0)


Ja pierwszy znalazłem Twitter

Początek rozmowy: 2007-04-01 21:36:58

*ja*,
twitter

*ja*, 21:37:08:
wiesz co to twitter?

*on*, 21:37:58:
nie win

*ja*, 21:41:26:
jak ibłąd w php

*ja*, 21:41:27:

Parse error: parse error, unexpected T_PAAMAYIM_NEKUDOTAYIM
pierwszy raz widzę coś takiego..

*ja*, 21:41:41:
T_PAAMAYIM_NEKUDOTAYIM ??

*ja*, 21:41:51:
twitter to jest taki blog

*ja*, 21:41:54:
ale taki mega prosty

*ja*, 21:41:58:
logujesz się i masz guziki:

*ja*, 21:42:08:
wstaw link, wstaw obrazek, wstaw gmap, wstaw film

*ja*, 21:42:19:
wybierasz, wkloejasz link i mały podpis i voila

*ja*, 21:42:26:
taki bajer

*ja*, 21:42:36:
jak żeby nie zawracać ludziom głowy spame

*ja*, 21:42:47:
wiesz, odnajdujesz fajny link i zamiast rozsyłać do znajomych

*ja*, 21:42:51:
tow rzutka na twittera

*ja*, 21:42:57:
a kto chce to znajdzie

*ja*, 21:43:06:
może sobie RSS'a zasubskrybować

*ja*, 21:43:59:
hehe właśnie znalazlem

*ja*, 21:44:19:
PAAMAYIM_NEKUDOTAYIM znaczy double colon, podwójny dwukrokep.. a to jest po hebrajsku

*on*, 21:44:42:
kurde

*on*, 21:44:46:
twiter

*ja*, 21:44:51:
no. twiter

*ja*, 21:45:02:
to już dawno jest

*ja*, 21:45:11:
ale dopiero jakies 3 dni temu odkryłem ideę

*on*, 22:27:02:
praise error

*ja*, 22:34:43:
praise for error


2010-06-16 01:05:33
skomentuj (0)


Jestem artystą

Jestem artystą.

  Dlatego rzeczy które robię są dobre. I nie ma najmniejszej szansy aby ktoś kto artysą nie jest, był w stnianie mi dorównać lub choćby kontynuować moją pracę. Musiałbym prowadzić za rękę każde pociągnięcie mojego ucznia, żeby powstało coś co chociaż trochę pryzpomina moją pracę. Oczywiśćie śą też inii artyści, ale oni nie potrzebują mojej pomocy ani ja ich. Myślę, że może się nam doskonale współpracować ;|) 



2010-04-30 06:03:40
skomentuj (1)


#wiersz#surrealizm

Krylominem mi powiernił
skrywolenym zerknił włorkem
żebrym derbnął na lekrytkę
małą krębłą kydrą błotę

Zerłwym terkom ledyroma
Dremontryksonetylewa
Elbo redymon twirdom byda
Gradinessa uzo dero

Serrrrce! Kocham Cię!



2010-04-18 02:01:48
skomentuj (2)


wyspa szalonych krów

oryginalne dobro znalezione na 990px.pl



2009-12-30 20:23:58
skomentuj (3)


Dupa Słonia.

Kto by pomyślał, że w naszym ukochanym kraju może nas spotkać taka Atrakcja Turystyczna

 



2009-11-05 16:41:13
skomentuj (0)


Pamiętnik - częśc 2

Dziś po południu pan Rajmund - współpracownik, siedzi w moim pokoju za meblościanką i monitorem - obrzucił wałęsających się pod naszym oknem łobuziaków kawałkami drutu i plastikowymi rurkami od długopisów. Wcześniej darli się jak koty w marcu i hałasowali na deskorolkach. Jeden dostał, rozeszli się, nie wiedzieli, skąd poszło - nad nimi pięciopiętrowa kamienna ściana okien. Wąsacze ze straży w portierni oglądali w tym czasie telewizję.

 

---

Ładna pogoda. Słońce wisi sobie na lazurowym niebie, anomalia pogodowa przegnała wcześniej sine chmury znad miasta.

No i Sześciany odsunęły się znad centrum. Tramwaje wyją, potem cichną, znowu wyją - między jedną petlą a drugą są już prawie  dwa kilometry lśniących torów, wydłużony owal, jak w starożytnym hipodromie. Duma miasta. Pieniądze na budowę zbierało całe społeczeństwo.

 

---

Przeszedłem się korytarzami dla rozgrzewki. Wszędzie zimno, ale w pokoju najzimniej - jest niemal w górnym narożniku budynku. Niemal, bo nad nami jest jeszcze Gołębnik. Tak nazywamy Piąte Piętro. Byłem tam kilkakrotnie, ale starałem się nigdy bez potrzeby nie oddalać od klatki schodowej - ot, położyć papiery na stoliku obok wejścia, krzyknąć coś w głąb ciemnego, zagraconego, cuchnącego dymem papierosów korytarza, ktoś podejdzie, odbierze, przeczyta, po kilku dniach podpisze i zadzwoni, a ja wtedy znowu wejdę po czterdziestu stopniach na górę i je odbiorę. Wcale nie muszę oglądać nikogo z pracujących na piątym piętrze. Widziałem właściwie stamtąd tylko jedną osobę, cycatą blondynkę, swego rodzaju łącznika między nimi a nami - całkiem zgrabna, jedyną widoczną mutacją jest gigantyzm, ma prawie trzy metry wzrostu.

 

---

Na korytarzu kilka osób z metalowymi kubkami z kawą kucnęło przy starej kserokopiarce, tulą się do niej, grzeją przez plastikową obudowę, przykładają policzki do szczelin z ciepłym powietrzem. Maszyna czasem w dziwny sposób się psuje i nocami wypluwa z siebie kopie dokumentów sprzed lat. Niektóre z nich zabieram, chowam pod biurkiem, przeglądam w toalecie - interpelacje poselskie, notatki z rady ministrów, rozporządzenia komisji. Nieoficjalne życiorysy, zapomniane wypowiedzi, wymazane decyzje. Ha, i wychodzi mi na jedno - ktokolwiek, jacykolwiek ludzie czy nie-ludzie kierują Sześcianami, nie przybyli, by wyzwalać.

 

---

W zeszły piątek w sali-wzorcowni Ministerstwa mieliśmy ceremonię zaprzysiężenia nowego Dyrektora. W obecności nas wszystkich ukląkł i ucałował pieczęć pisma na grubym, brązowym papierze. Tusz odbił mu się sino na ustach. Potem zaśpiewaliśmy hymn i nowy Dyrektor wygłosił przemówienie, ale mówił zbyt cicho, bym mógł go usłyszeć.

 

---

Dostałem reprymendę od Szefowej. No cóż, moja wina - bardziej zająłem się pamiętnikiem, niż koniecznością zdobycia numeru telefonu i faksu do odległej placówki, na którą ma zostać zesłany wypadły z łask urzędnik. Ha. Muszę uważać. Kopalnie uranu co do zasady obsługiwane są przez proste, powojenne roboty, ale - jak mówią - zasady są po to, aby je łamać. Tak jak ludzi.

 

---

Kiedy dostanę moje pieniądze? Oczywiście, nikt mi nie odpowie, nikt nie jest w stanie mi odpowiedzieć. Moja prośba i podanie o wypłatę wynagrodzenia wędrowały już dwa tygodnie przez zakamarki kolejnych biur i departamentów Ministerstwa i sądziłem, że najdalej za kilka dni będę mógł nacieszyć się świeżym chlebem z dodatkiem witamin. A tu klops - w międzyczasie zmieniło się Zarządzenie W Sprawie Wypłat Pieniędzy, Bakszyszu oraz Żywności, i okazało się, że złożyłem podanie na niewłaściwym formularzu. Szczęście w nieszczęściu, przysługuje mi w tej sytuacji Zapomoga Na Czas Wypłaty Wynagrodzenia, wydawana zwyczajowo w stołówce w postaci worka ziemniaków i dwóch puszek proszkowanego bydlęcego gulaszu.

Gulaszu nie będę jadł, kolega wspominał, że zmieniają się od niego geny.

 

---

Dziś rano na trasie, którą jeżdżę do pracy, spłonął autobus. Wjechał na zepsutą minę magnetyczną - paliła się na tyle wolno, że szofer przejechał podobno pół kilometra, zanim inni kierowcy dali mu znać o sytuacji. Pasażerowie byli zdziwieni - sądzili, że to nowy rodzaj ogrzewania podłogowego, i mimo dymu nikt zbytnio nie narzekał. Zresztą nikomu nic się nie stało. Na zdjęciach autobus wyglądał, jakby miał u dołu przyczepioną palącą się kuchenkę gazową, tyle że wielką jak opona.

 

 

---

Jeszcze a propos autobusów - Urząd Miasta po kontrowersyjnej debacie zatrudnił prawie setkę batowych. Ma to być postrzegane jako walka z bezrobociem, jest zaś postrzegane jako walka z ludem dojeżdżającym miast i wsi, ale niecałym ludem, tylko burżuazją dojazdową, tymi, co wsiadają ogólnie rzecz biorąc wcześniej. Praca batowych wygląda w ten sposób - stoją na szczególnie zatłoczonych, newralgicznych przystankach. Kiedy podjeżdża autobus, walą batami w otwarte drzwi tak, aby ludzie w środku przesunęli się jeszcze bardziej w głąb, maksymalnie, do sardynkowego ściśnięcia. Ci, co wsiadają, są zadowoleni - aż do kolejnego przystanku, kiedy to ich grzbiety staną się celem batowych.          

A ja to chromolę, jak mawiali starożytni Rosjanie. Wsiadam na tyle wcześnie, że zawsze stoję sobie spokojnie w gumowym przegubie autobusu. Na wszelki wypadek mam przy sobie japoński puszkowany tlen.

 

---

Mam swoje ulubione miejsca w Ministerstwie. Jedno mnie usypia, drugie pobudza; w jednym czuję się jak dziecko, w drugim - jak mężczyzna.

Pierwsze to winda, drugie to piwnice.

Jeżdżę windą co godzinę, dla relaksu, jeśli tylko mogę sobie na to pozwolić. Pokonanie trasy między pierwszym a czwartym piętrem zajmuje teoretycznie trzydzieści sekund, o ile nikt w trakcie się nie dosiada ani nie wysiada. W praktyce zaś podróż może potrwać nawet dziesięć minut - dziesięć minut w innym świecie, wypełnionym łagodnym półmrokiem, szumem klimatyzatora, bezpieczną izolacją od świata.

Piwnice i podziemne korytarze Ministerstwa zapewniają emocje zupełnie innego rzędu. Byłem tam zaledwie kilkakrotnie, ale mam w pamięci każdą spędzoną na dole chwilę. Ginące w mroku korytarze, słabo oświetlone żółtymi lampkami w drucianych koszach; setki metrów ciągnących się pod sufitem i wzdłuż ścian, przerdzewiałych rur każdej średnicy; dziesiątki drzwi prowadzących nie wiadomo gdzie; przejścia prowadzące donikąd, ukryte windy; zagubione w tym labiryncie dziwaczne biura do spraw żadnych, puste, z nagimi kalendarzami na ścianach i szklankami z jeszcze parującą herbatą.

Gdzieś tam jest wyjście do ministerialnego Garażu, rozległej struktury, wciąż jeszcze nie do końca rozminowanej.

 

---

W jednym z krańców Garażu ma swe lokum - zagraconą kanciapę - Pan N.N., niziutki, siwy i pomarszczony, z wiecznie przekrzywioną na lewo głową. Wygląda jak alchemik ze starych powieści fantasy i poniekąd nim jest - maszyny nie mają przed nim tajemnic. Nikt nie wie, jak długo pracuje w Ministerstwie; znajomy opowiadał mi, że widział u niego poszarzały kalendarz sprzed siedemdziesięciu lat.

Kiedyś musiałem niespodziewanie zejść do Garażu po odbiór przybyłej właśnie dokumentacji; zaskoczyłem N.N., gdy w słabo oświetlonym boksie pochylał się nad otwartą maską samochodu i szeptał charkotliwie. Przysięgam, że  widziałem, jak kable akumulatora same unoszą się ku jego twarzy i delikatnie jej dotykają, badająco, pieszczotliwie. Wycofałem się, zanim mnie zauważył.



2009-10-17 18:20:27
skomentuj (1)


Pamiętnik

Rwie się połączenie z netem. Przez okno, powyżej blachy i tektury zasłaniających je od parapetu do połowy wysokości, widzę czyściutki błękit. Słońce bije promieniami zza moich pleców - czyli zza kilku pokoi, parunastu metrów betonu i jednego piętra. Piękny dzień.

 

Moja praca w Ministerstwie rozpoczęła się ponad miesiąc temu i nadal nie mogę się tu odnaleźć. I to dosłownie - korytarze ciągną się kilometrami i często na długich odcinkach są nieoświetlone; żarówek ledwo starcza na oświetlenie biura Ministra, tak przynajmniej słyszałem.

 

Przed budynkiem kłębią się ludzie - koleżanki z pokoju przed godziną zeszły na parter, do poczekalni; tam będą do wieczora tłumaczyły zebranym dziesiątkom petentów zawiłości nowych rozporządzeń regulujących skup i sprzedaż inteligentnych ziemniaków. Współczuję im i jednocześnie zazdroszczę - po takim zdarciu gardła będzie im przysługiwał tygodniowy urlop.

 

Cały czas lekko śmierdzi spalenizną. Tak już chyba zostanie na zawsze, psiamać, skoro nie wywietrzało przez tyle lat.

 

Popołudnie.

Jest cieplej i jaśniej, słońce się przesunęło i świeci prawie w okna mojego pokoju. Net chodzi. Szczególnie ciekawych newsów dziś nie ma - na granicach względny spokój, w środku imperium też. Za napisanie "imperium" grozi mi pewnie jakaś kara, może nawet parę miesięcy w pudle. A i tak napiszę: imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium imperium.

 

---

Na parterze, po prawej stronie od drzwi, w miejscu największych chyba przeciągów w Ministerstwie, jest sekretariat Biura Częściowej Obsługi. Odkryłem niedawno, że sekretarka - z wyglądu starsza, nobliwa pani - jest w gruncie rzeczy cyborgiem. Nie to nawet, że wystają jej skądś metalowe części szkieletu czy kawałki przewodów - chodzi raczej o sposób bycia. Tuszuje to paleniem, ale mnie nie zwiedzie.

 

---

Dziś jest zimno. Zaczął się październik, ale nadal nie grzeją. Większość kaloryferów jest pusta, część w ogóle nie jest podłączona do rur i służy za szafki - w standardowej szerokości przerwie między żeberkami mieści się na wcisk prawie sto kartek papieru, na wierzchu można ułożyć dwanaście wypchanych segregatorów.

Starsi pracownicy mówią, że tuż po wojnie do rur puszczano radioaktywną parę z ministerialnego reaktora. Podobno do dziś w szumie kaloryferów można usłyszeć szepty nieszczęśników, w których pokojach akurat stały grzejniki przeżarte rdzą. Brrr...

 

---

Nie mamy internetu.

Cały sektor obsługi komputerów na parterze, po przeciwnej stronie budynku, został odcięty. Na podwórku pod zakratowanymi oknami serwerowni ustawiono jakieś metalowe, odrapane pudła, obok nich kręcą się wąsaci emeryci ze straży ministerialnej. Pewnie atak endowirusów internetowych z drugiego krańca globu - inteligentnych, wręcz cholernie inteligentnych bitowych stworów, których głównym problemem jest to, że mogą żyć tylko w sieci. I chcą z niej wyjść. Od kilku lat przypadki cyfrowego opętania są coraz rzadsze, bo maszyny produkuje się coraz głupsze, ale sporadycznie w porannych wydaniach "Prawdy i Faktów" można poczytać o odkurzaczach-zabójcach i pralkach ludojadach, których jacyś smutni frajerzy nie chcieli się pozbyć, bo "po babci".

Zawsze to lepsze od opętanej atomowej łodzi podwodnej.

Tak czy owak, dupa. Nie mogę pracować, nie mam jak, nie chcę, nie mam obowiązku, nie będę.



2009-10-17 18:17:05
skomentuj (0)


Kopalnia

   Gabinet wyłożony pociemniałą boazerią. Na ścianie potret mężczyzny w garniturze. Mężczyzna patrzy twardo, zdecydowanie. Kierownik kadrowy kopalni chciałby brać z mężczyzny przykład.

- Wielgus, nie upierajcie się, zrozumcie, nie wy jedni macie taką sytuację. Co ja wam będę tłumaczył. Nowe czasy nastały, wszystko się zmienia. Kopalnię trzeba zamknąć.

   Pan Erwin Wielgus, strzałowy, prezes związku zawodowego górników kopalni "Poranek". Zaciska pięści na biurku, przymyka oczy. Do gardła podchodzi mu coś kwaśnego.

- Panie kierowniku...

- No co? Ja wiem wszystko to, co wy.

- Ale ludzie. Ludzie, co oni zrobią. - Pan Erwin próbuje tłumaczyć. Kierownik udaje irytację, większą, teatralną. Chce skończyć tę rozmowę. Chce, żeby to wszystko się skończyło. To nie jego wina.

- Do jasnej cholery, jak to co? Odprawy będą. Dużo ludzi tu nie ma, jakoś sobie poradzą. Dużo młodych przecież, wyjadą, w Czechach przecież, ten, ile rąk do pracy brakuje. Dadzą radę, Wielgus, już wy nie przesadzajcie, łazicie za nimi, zdrowie tracicie, a co oni, odwdzięczą się wam? 

   Pan Erwin opuszcza głowę, potrząsa nią.

- Dziesięciu chłopa, panie kierowniku. Dziesięciu chłopa. 

   Kierownik czerwienieje na twarzy, pochyla się w kierunku pana Erwina. Zza kołnierza rozchylonej flanelowej koszuli wyłażą kręcone włosy klatki piersiowej i medalik.

- No?! Właśnie, Wielgus, właśnie! Mała kopalnia, mało ludzi, nierentowna, i do tego jeszcze to. No to jak się bronić?! Jest decyzja zarządu, i koniec!

- Wy wiecie, panie kierowniku.

   Kierownik tężeje.

- Co wiem?

- Tam miało być czysto. Nic na wskaźnikach. Elektronika w porządku. Nic.

   Kierownik tężeje jeszcze bardziej.

- Wielgus, czy wy aby nie przesadzacie? Co to jest, co, ja nie wiem? Ja się nie interesowałem? Ale od prokuratora i komisji mądrzejszy nie będę. Były ekspertyzy! 

   Pan Erwin uśmiecha się.

- Wiadomo było, jak tam jest! - kierownik marszczy brwi. - Taka nasza praca, Wielgus! Taka praca. A tamci... świeć Boże nad nimi. 

   Pan Erwin nadal się uśmiecha.

- Taka praca, panie kierowniku. A w zarządzie dostali podwyżki za nasze zamknięcie. Za restrukturyzację. Za śmierć naszych kolegów.

   Kierownik zamiera.

- Zamknijcie się, Wielgus.- lodowaty ton. Kierownik opada na krzesło. - Nic nie poradzimy. Jest przykaz zamykać. Strajk nic nie da, nikt nie pomoże, takie czasy, że wszyscy tylko dbają o swoją dupę. - kierownik potrząsa głową. Przepracował w "Poranku" dwadzieścia lat. Próbował walczyć, ale wie, że klamka zapadła.

 - Idźcie, Wielgus, powiedzcie ludziom, że jutro o ósmej zebranie w stołówce.

   Pan Erwin wychodzi.

---

- Pani Irmino, a ten wasz stary...to on długo tak potrafi?

   Pani Irmina wzrusza ramionami. Przerwała mycie szyb, rozmawia z sąsiadką.

- Pani Urszulo, chce, niech kopie. Ja mu nie bronię. Przynajmniej zajęcie ma, jakie lubi. W domu spokojny.

   Pani Urszula stawia na ziemi kosz z bielizną. Rozmawiają przez otwarte parterowe okno pani Irminy.

- A pewnie, co to komu szkodzi. Lepiej, niż jakby miał pod sklepem chlać, jak mój miał we zwyczaju, świeć Panie nad jego duszą. 

   Kilka metrów dalej pan Erwin przez małe okienko zsypuje z taczki do piwnicy swój popołudniowy urobek. Za chwilę pozamiata chodnik, uklepie rozrytą ziemię w kącie piwnicy, pójdzie do domu, zdejmie górnicze ubranie, weźmie kąpiel, założy czystą koszulę i zasiądzie z żoną do obiadu. Później zdrzemnie się nieco i pojedzie na nocną zmianę, jako ochroniarz, do banku spółdzielczego w centrum miasta. Tak żyje od pół roku, od czasu zamknięcia kopalni. Mówią o nim, że ma dopiero pięćdziesiąt lat, a już zwariował.

   Ale wtedy pan Erwin wzrusza ramionami. Niektórzy oglądają telewizję, inni grają na automatach, większość pije - on kopie. Nie umie inaczej. Żona się na początku dziwiła, teraz przywykła, nawet kanapki do roboty mu robi. Śmieje się, że jak znajdzie skarb, to ma jej oddać, jak wypłatę.

---

   Ta szychta będzie inna, postanawia pan Erwin. Znudziło mu się zatrzymywanie pracy na głębokości pół metra, gdy ostrze szpadla zazgrzyta na zwietrzałym, spękanym, upapranym ziemią cemencie. Dzisiaj wziął ze sobą do piwnicy kilof i łom. Pokona tę warstwę skały, dobierze się do cennych pokładów zalegających pod nią. Irka będzie pewnie się gniewać, ale jeśli odpowiednio się zabezpieczy sztolnię, może niczego nie zauważy, a da się kopać w dół... ile? Ile będzie trzeba. A ziemię będzie się wyrzucać za komórką, tam i tak tylko krzaki z gówniarzami palącymi jakieś świństwa.To dobry pomysł, myśli pan Erwin.

---

Grudki czarnej ziemi osypują się wzdłuż krawędzi szpadla, szpadel zatacza krótki łuk, ziemia ląduje na hałdce pod ścianą piwnicy. Skruszały cement fundamentu przedwojennego familoka poddał się łatwo, leży na dnie taczki. Pan Erwin kopie, na głowie ma kask, do kasku przymocowaną latarkę-czołówkę, świeci w głąb dołu. Już prawie na metr głęboki, pięknie pachnie ziemią. Ale do węgla daleko, myśli pan Erwin.

---

Wieczorem dół ma prawie dwa metry, kryje pana Erwina z głową. Dziś nie ma ochroniarskiego dyżuru. Żona zajrzała do piwnicy, robi panu Erwinowi awanturę, martwi się o niego. Pan Erwin obiecuje na dzisiaj skończyć, pokopać jeszcze tylko trochę jutro rano i zasypać dół.

---

Światło poranka wlewa się przez małe okienko do piwnicy, ale w głębi sztolni pana Erwina liczy się tylko latarka. Pan Erwin oszalował dół deskami, wstawił drabinę, ma dwa wiadra - do nich ładuje ziemię, powoli wynosi je na górę, wysypuje urobek na zajmującą już pół piwnicy hałdę. Dół jest zbyt ciasny, by można było spaść z drabiny, prosty szalunek skutecznie zabezpiecza przed osuwaniem się ziemi, ale pan Erwin wie, że nie da rady głębiej, niż na trzy, trzy i pół metra. Bolą go mięśnie i kości, jest za stary na takie zabawy. Irmina się gniewa. Administracja budynku się może przyczepić. Szkoda tylko, że węgla nie ma.

---

Ostatnie dwa wiadra. Wystarczy.

Szpadel uderza w coś ni to twardego, ni to miękkiego. Pan Erwin odgarnia ziemię. Belka, zbutwiała belka. Odgarnia dalej. Obok belki wygrzebuje z ziemi coś jaśniejszego. Nachyla się, dłubie palcami, wygrzebuje tę małą, twardą rzecz o nieregularnym, walcowatym kształcie. W świetle latarki jest jasnobrązowa. Pan Erwin oblewa się potem, oddycha szybko. Łomocze mu serce.

Rozgarnia szybko ziemię. Kości. Kości palców ludzkiej dłoni. Obok, odrobinę głębiej, gładka powierzchnia czaszki, jeszcze głębiej - powgniatana, pozieleniała, mosiężna lampa naftowa.

---

Państwo Wielgus zawiadomili o znalezisku policję i miejskie muzeum. Jeszcze przed południem na podwórko zajechał radiowóz i dwa wyładowane sprzętem samochody z archeologami, przybyli również urzędnicy z ratusza i ekipa lokalnej telewizji. Zrobiło się zbiegowisko na kilkadziesiąt osób. Pan Erwin ze spuszczonym wzrokiem udzielił krótkiego wywiadu, za jego plecami sąsiedzi próbowali załapać się w pole widzenia kamery. Archeolodzy dostali od urzędników pozwolenie na prowadzenie prac wykopaliskowych, pan Erwin otrzymał pouczenie o stwarzaniu zagrożenia budowlanego.

---

Wydobyty szkielet spowity w strzępy ubrania zaklasyfikowano po kilku dniach jako należący do ofiary katastrofy górniczej, najprawdopodobniej z połowy dziewiętnastego wieku, z czasów funkcjonowania na tych terenach pierwszej kopalni węgla kamiennego. Należał do mężczyzny w wieku około trzydziestu lat, który zginął wskutek przygniecenia belką stropową zawalonego korytarza kopalni.

Szczątki miały być pochowane na cmentarzu komunalnym, pan Erwin Wielgus przekonał jednak władze miasta i proboszcza swej parafii do dokonania katolickiego pochówku w granicach nekropolii kościelnej.

---

Pani Irmina obudziła się w nocy. Obok niej nie było pana Erwina. Wygniecione prześcieradło z jego strony łóżka było zimne. Usłyszała głos, dobiegający z kuchni. Pan Erwin mówił coś po niemiecku. Zaniepokojona Pani Irmina wstała, podreptała do kuchni. Nie zapalała światła, lampy na podwórku dawały go wystarczająco wiele, zasłonki i firanki zostały dzień wcześniej zdjęte do prania. Pan Erwin siedział przy stole pod oknem, krzesło po przeciwnej stronie było lekko odsunięte. Na obrusie butelka wódki, dwa kieliszki - pana Erwina pusty, drugi pełny. Pan Erwin zadał skierowane ku drugiemu krańcowi stołu pytanie, zaczekał w ciszy przerywanej tykaniem naściennego zegara. Zadał kolejne, cisza, znów coś powiedział i czekał. Pod stopą pani Irminy skrzypnął drewniany próg kuchni, pan Erwin odwrócił się w kierunku żony, uśmiechnął, spojrzał jeszcze raz na drugi koniec stołu, wstał. Przeprosił żonę, pocałował ją w policzek i wrócił do łóżka. W kuchni pozostał słaby zapach alkoholu.

---

Pani Irmina pyta rano o powód zachowania pana Erwina i jednocześnie, uspokajając samą siebie, stanowczo zabrania mu samotnego picia wódki. Pan Erwin skwapliwie zgadza się z żoną. Na tyle szybko, by ją to zaniepokoiło.

Pan Erwin wychodzi z domu, idzie do piwnicy, pani Irmina widzi przesuwającą się wzdłuż parapetu łysinę. Pan Erwin rozmawia z archeologiem, wciąż dłubiącym wraz z parą studentów w czarnej ziemi.

---

Wieczorem pan Erwin całuje żonę i jedzie tramwajem na dyżur. W swojej kanciapie obok portierni banku natychmiast włącza telewizor. Przerzuca kanały, ogląda wszystkie wydania wiadomości po kolei. Nic.

---

Następnego ranka, gdy pan Erwin wraca do domu, do komisariatów policji, prokuratur i sądów w całym kraju zgłaszają się dziesiątki osób. Przychodzą same lub ze zdenerwowanymi adwokatami,niektóre czekają przed budynkami jeszcze przed świtem, inne dzwonią do znajomych sędziów z prośbą o wystawienie dla siebie nakazu aresztowania. Osoby te działają w stanie wielkiego pobudzenia emocjonalnego, niektóre są przerażone.

---

Po południu pan Erwin budzi się, żona podaje obiad i herbatę. Pan Erwin włącza telewizor i ogląda wiadomości. Uśmiecha się i płacze. Wieczorem idzie do kościoła i zamawia mszę za zmarłych.

---

W ciągu kolejnych tygodni wszystkie krajowe gazety i serwisy informacyjne dostarczają nieprzerwanie wiadomości o aresztowaniach i śledztwach wszczętych w związku z masowym, dobrowolnym ujawnianiem się członków organizacji, nazwanej w mediach mafią węglową. Działalność tych osób, polegająca między innymi na sprzedaży kopalniom wyeksploatowanego, nie nadającego się do użytku sprzętu górniczego, przyczyniła się najprawdopodobniej do głośnych katastrof górniczych ostatnich lat.

W czasie procesów powołani na wniosek obrony biegli nie wykazują u oskarżonych żadnych zaburzeń psychicznych. Przedstawione przez samych podsądnych dowody przestępstw są niepodważalne. Ostatecznie w sprawie zapada kilkadziesiąt wyroków skazujących, w tym kilkanaście na kary wieloletniego więzienia. W literaturze kryminologicznej i annałach psychiatrii sądowej nigdy nie zdołano w przekonujący sposób wyjaśnić fenomenu "histerii węglowej".

---

Pani Irminie nie było łatwo uwierzyć panu Erwinowi.





2009-10-17 18:08:04
skomentuj (1)


nie ma później nie ma potem potem po tempo tempo ....

7 02:31 nawet po 5 piwach potrafię złożyć zajebistą strone
7 02:31 jestem kurwa robotem
7 02:31 kurwa robotem
7 02:31 warob otem
7 02:31 obo tem
7 02:31 em

2009-10-16 02:32:41
skomentuj (0)


Od wczesnych lat dziecinnych, Piotr dbał o swoją żonę...

Kasia nie wiedziała jeszcze, co ją czeka



2009-07-11 17:03:00
skomentuj (0)


Watch the steps Get a drink, have a good time now Welcome to paradise, paradise, paradise...

Since I left you, I found the world so new

Three days later, they dug me out. I never saw Arthur again. But i'll bet wherever he's gone he's having a damn good time...



2009-06-26 02:13:32
skomentuj (0)


Gruppas

szkoda tylko że to się kiedyś skończy

Każdy idiota potrzebuje drugiego idioty żeby funkcjonować.

2009-05-07 03:13:46
skomentuj (1)


autoduplikacjareaktelaktacja

autoduplikacja

Nie lubię zielonych kasztanów

2009-04-19 20:33:35
skomentuj (0)


Foki pod prysznicem

Foczka

2009-04-18 11:21:38
skomentuj (0)


Kurwa, Laski, Lesbijka, Dupa, Kotki, Mrrau!

Kurwa kotek!

znamy się? que?



2009-03-13 01:45:04
skomentuj (2)